Postaram się stopniowo nadrabiać zaległości :-)

czwartek, 1 września 2011

Seul ciąg dalszy


Po tak ciężkich przeżyciach nocnych bardzo ciężko było wstać rano... Ale nie będę przecież rezygnować z Seulu, tylko przez jakieś nocne harce :-)

SaeHo zaproponował, że będzie moim osobistym przewodnikiem! Spotkaliśmy się na Sinchon Station i rozpoczęliśmy naszą kilkugodzinną wycieczkę po Seulu. Na początku otrzymałam ostrzeżenie: Nigdy, przenigdy nie waż się jechać sama autobusem! Po pierwsze, nigdy nie wiesz dokąd Cię zawiezie, ile masz za niego zapłacić, za ile przyjedzie, kiedy masz wysiąść i kierowca na pewno nie mówi po angielsku. Po takich informacjach nawet przez myśl mi nie przeszło bym sama wsiadła do tego środka lokomocji. Kierowcy autobusów jeżdżą jak szaleni! Zmieniają pasy, wciskają się między inne samochody... tzw. wolna

amerykanka. W końcu większy ma większe prawa. Ale SaeHo powiedział, że zrobi mi tą przyjemność i przejedziemy się autobusem. To było dość ciekawe przeżycie. Jeszcze ciekawsze było wyskakiwanie z autobusu w ruchu - bo jaki sens ma zatrzymanie się autobusu? Nie narzekajmy więc na polskich kierowców!

Pierwszy nasz przystanek to Pałac Changdeok, który został wpisany na listę UNESCO. Ten pałac również został zniszczony w czasie inwazji Japonii, ale to ten pałac został jako pierwszy odbudowany. Pałac w przeciwieństwie do Pałacu Gyeongbok jest rozłożony wydawało się dość chaotycznie, ale można z całą pewnością stwierdzić, że świetnie komponuje się z pagórkowatym terenem. Niestety nie udało nam się dotrzeć do ogrodów, ponieważ organizowane są tam tylko zorganizowane wycieczki za extra opłatą. Dodatkowo upał dawał się we znaki, więc postanowiliśmy się przemieścić w inne miejsce.




Postanowiliśmy się przejść się do pobliskiego Hutongu. Malutkie uliczki, ciekawe zabudowania. Czuje się ducha historii. Aczkolwiek przejeżdżające skutery mogą dawać wrażenie: powrotu do przeszłości. Wstąpiliśmy także na chwilkę do pracowni węzełków do tradycyjnego stroju koreańskiego. Taki super węzełek robi się mniej więcej godzinę, aczkolwiek strasznie szybko przebierają rączkami. Naprawdę świetne miejsce! Aż nie mogę cię doczekać chińskiego Hutongu.


Następnie udaliśmy się na Namdaemung Market, gdzie było mydło i powidło. Ale do tego już się przyzwyczaiłam. Na rynku były wszystkie zapachy świata! Poniżej kilka zdjątek :-)



I wreszcie nadeszła pora lunchu. Nie jest tak łatwo znaleźć satysfakcjonującą restaurację. Saeho ma bardzo duże wymagania, więc pomimo tak licznych przulicznych knajpek, dopiero po 15 minutach znaleźliśmy mega wypasioną restaurację. Skusiłam się na omlet ryżano-ziemniaczany z pikantnym sosem. Całkiem, całkiem dobre. Wręcz podobne do polskich placków ziemniaczanych. Po prostu palce lizać.

Nasyceni udaliśmy się do Muzeum Pamięci Poległych w czasie wojny Koreańskiej. Wiele czołgów, samolotów wystawione jest obok muzeum, a także statek, który został ostrzelany w 2002r i gdzie zginęło 3 żołnierzy. Na przeciwko muzeum i pomnika znajduje się Ministerstwo Obrony - jakże znamienne miejsce. W środku wystawa nie powala, aczkolwiek można wiele się dowiedzieć. Od rodzaju broni, umundurowania, do życia ludności w okresie wojny. Jest także dział poświęcony zagrożeniu atomowym dla dzieci. Już od małego wpaja im się, że w każdej chwili Korea Północna może zrzucić na Seul bombę atomową. Najciekawszymi elementami w muzeum jest symulator lotu F-16 w 4D. Zasłaniłam oczy, kiedy wystrzelono z samolotu nieprzyjaciela pocisk. A gdy zrobiliśmy unik, o mało nie wypadłam z krzesła (które oczywiście gwałtownie się przechyliło do przodu). Bardzo fajne efekty - polecam. Następnie strzelałąm z prawdziwego karabinu maszynowego do wirtualnego celu. Kto trafił same 10? Ja :D Saeho niestety zaliczył chyba tylko raz 8. Dlatego Koreańsczyk obsługujący urządzenie powiedział, że nigdy nie widział, by kobieta lepiej strzelała niż mężczyzna, ale co najlepsze, jeszcze żadna kobieta wcześniej tam tak dobrze nie strzelała. Aż spytał się skąd jestem i czy uczyłam się strzelać. Widać taki mój ukryty talent.


Ostatnim punktem wycieczki była wieża N Seul, z której rozciąga się niesamowity widok na to 10 milionowe miasto. Nie wyobrażałam sobie, że jest to tak ogromne miasto. Do tego rzeka Han! Szkoda tylko, że miasto trochę się zamgliło... Mimo wszystko i tak było warto! Polecam wszystkim - jest to wspaniałe przeżycie! Ale jeszcze zanim to nastąpi trzeba zapłacić 9000Wonów za kilka sekund przejażdżki windą. Z ciekawostek polecam odwiedzić łazienkę.

Ponadto dowiedziałam się, że właśnie przy N Seoul Tower znajduje się geograficzny środek Seulu! A do Pekinu jest 955,77km, podczas gdy do Berlina 8142,17km. Zaraz, zaraz.... to jak daleko jestem od domu? Prawie 8000? Wow!



Po takim dniu i prawie nieprzespanej nocy marzyłam już tylko o jednym... o długim śnie :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz