Postaram się stopniowo nadrabiać zaległości :-)

środa, 31 sierpnia 2011

Seul


Pierwszy dzień zwiedzania, pierwszy dzień odkrywania, wszystko w Azji po raz pierwszy!

Na początek zderzenie z biletami w metrze. W Korei nie obowiązuje nic takiego jak bilet miesięczny, tygodniowy, czy dobowy. Płacisz za każdy przejazd. Do wyboru są 2 opcje:
a) jednorazowy zakup biletu
b) naładowanie karty tzw. T-Money
Jako, że jestem dość leniwa, a wyrobienie karty dość trochę czasu zajmuje, więc skorzystałam z opcji kup bilet i ciesz się przejazdem (nawet jeśli trwa on 2 stacje). Koszt takiego biletu to 1000WON + zwrotny depozyt 500WON, co na czysto daje kwotę poniżej 3 złotych. Warto tylko pamiętać, że po wykorzystaniu biletu trzeba się udać do maszyny zwracającej kwotę depozytu.

Sieć metra jest tu ogromnie rozwinięta. W metrze informacje podawane są w języku koreańskim oraz angielskim. Ponadto na ekranach widać, gdzie dokładnie znajduje się metro i za ile minut nadjedzie. Bardzo dobre oznaczenia dla przesiadek. Jest tu ogółem 10 linii, które są meeega długie! O dokładnie, jak na obrazku poniżej.


Moje zwiedzanie zaczęłam od dzielnicy Gwanghwamun. Bardzo ważne przy tym jest, by sprawdzić dokładnie numer wyjścia, ponieważ odległości pomiędzy nimi to nawet kilkaset metrów.

Na początku każdy ma obowiązek podejść pod pomnik Admirała Yi Sunshin.
Admirał wykazał się niezwykłym patriotyzmem, odwagą, znajomością taktyki wojennej, a także wygrał wszystkie bitwy, w których wziął udział. Mowa tu o okresie inwazji Japonii na Koreę 1592-1598 (zwanej także wojną Imjin od nazwy roku w którym wybuchła). Inwazja ta miała stanowić pierwszy etap w podboju Azji wschodniej przez Japonię. Okres ten uznaje się za najtragiczniejszy w dziejach historii Korei. Warto także wspomnieć, że we wspomnianej bitwie po raz pierwszy użyto Ge-bukseon lub Kobukson, czyli statek żółw, który miał kolczasty pancerz. Prototyp statku obok. Wracając jednak jeszcze do admirała, to ciekawostką jest, że w wieku 28 lat nie zdał on egzaminu militarnego [upadek z konia], co go nie zniechęciło i 4 lata później z dumą wszedł w szeregi wojska. A morał z tej bajki jest wszystkim znany, po bolesnym upadku, nie myśl o wypadku.

Następny konieczny punkt wycieczki, to pomnik króla Sejonga (zwanego Wielkim). Dlaczego wielkim? Ano zaczynam wyliczanie i czytajcie do końca (bez oszukiwania).
  • utworzył Instytut nauki
  • wymyślił nowy sposób drukowania tesktów,
  • utw
  • orzył zegar astronomiczny, zegar słoneczny i zegar wodny (supyo)
  • stworzył Cheonsang Yeolcha Bunyajido - najstarszą koreańską mapę gwiazd i konstelacji, która przedstawia 1467 gwiazd i 282 konstelacji, a także drogę mleczną (notabene jest to 2 najstarsza mapa nieba na świecie)
  • ujednolicił nowy system miar
    • stworzył nową broń - Singijeon (coś na wzór wyrzutni fajerwerków)
    • stworzył nowy rodzaj muzyki na podstawie dangak (chińskich tonów) i hyangak (narodowych pieśni)
    • utworzył także Jeongganbo, czyli innowacyjny zapis nutowy
    • ale co najważniejsze utworzył nowy alfabet - koreański alfabet. Co pozwoliło zapisywać koreańskie tony bez użycia chińskich znaków (ciekawostką jest to, że gdy całkowicie oślepł dalej poświęcał się badaniu wymowy).
    Tak, a to wszystko się działo mniej więcej w okresie panowania 1418-1450. Polecam do tego odwiedzenie muzeum króla Sejonga [wejście od tyłu zaraz pod pomnikiem, bezpłatne].

    Następnie skierowałam swoje nóżki pod Gyeongbokgung Pałac (Pałac lśniącej szczęśliwości), gdzie akurat odbywała się ceremonia zmiany warty. Zaczyna się to uderzenia w bęben, następnie żołnierze przechodzą przez Yongseongmun Gate i zajmują odpowiednie pozycje. Następuje zmiana warty i po raz kolejny uderzenie w bęben kończy całą ceremonię. Ważne przede wszystkim są stroje żołnierzy. Im dziwniej ubrany, tym ma wyższą rangę.
    Oczywiście musiałam sobie zrobić zdjęcie z Sumunjang, czyli strażnikiem bramy i odpowiedzialny za całą wartę. Ważne są także odpowiednie flagi. Zmiana warty trwa jakieś 20 min. Poniżej kilka filmików :-) Just enjoy the show.

    /niestety wystąpiły jakieś problemy techniczne i filmiki umieszczęodpowiednio później/



    Następnie zaopatrzyłam się w bilet wstępu do pałacu. Całe 3000 Wonów.
    Pałac powstał za czasów dynastii Joseon i składa się z ogromnej liczby budynków i zajmuje całkiem sporą powierzchnię. Dokładne zwiedzenie wszystkiego jest wręcz niemożliwością, zwłaszcza gdy z nieba leje się żar i ciężko się oddycha. Pałac sam w sobie składa się z 3 części: zewnętrznego dziedzińca do celów urzędowych, wewnętrznego dziedzińca przeznaczonego do celów mieszkalnych i ogrodów.
    Zarówno zewnętrzny i wewnętrzny dziedziniec oraz jego zabudowa jest zgodna z kierunkiem północno-południowym, a także co najważniejsze jest odpowiednio uporządkowana. Samo otoczenie pałacu także zachwyca, gdyż otoczone jest wzgórzami. Cały kompleks powstał za panowania znanego wam już króla Sejonga, przez co stał się centrum Seulu. Sam pałac został zniszczony podczas Japońskiej inwazji i przez 273 lata znajdował się w delikatnie mówiąc opłakanym stanie. Odbudowany został przez króla Gojonga w 1863 roku.
    Według mnie naprawdę zadbali o kompleks, ponieważ wszystkie detale są dopracowane, a zielonkawe akcenty rzucają się w oczy.
    Niestety zaduch odbierał przyjemność podziwiania pałacu, dlatego przemieszczałam się od cienia do cienia. Przebiegając strefę słońca z prędkością strusia pędziwiatra. Trochę oddechu znalazłam w ogrodach pałacowych, które różnią się zdecydowanie od tych europejskich. Ale mimo wszystko spełniają swój cel i relaksują. Położyć się na ławeczce i trochę pomedytować... cudowne uczucie.

    Mimo wszystko postanowiłam skorzystać z dobroci cywilizacji i wejść do klimatyzowanego pomieszczenia, dlatego skierowałam się w stronę Narodowego Muzeum Folkloru, które znajduje się na terytorium kompleksu. Można tam doświadczyć i zrozumieć tradycyjny styl życia Koreańczyków. Niestety w środku nie można robić zdjęć. Z ciekawostek - Koreańczycy wierzą, że sól odgania złe demony. Dlatego należy zapisać na ekranie, czego się obawiamy, a następnie rzucić garścią soli w drugi ekran. Ponoć pomaga - zobaczymy :D Może działa to tylko na koreańskie słowa - ja zaś swoje zapisałam po polsku. Sam wygląd muzeum natomiast zapiera dech w piersiach. Architekci budowli zainspirowali się świątynią w Bulguska. Po wyjściu z muzeum warto udać się do wystawy na wolnym powietrzu, które przedstawia życie w Korei w latach 50.

    Następnie wraz z moją nową przyjaciółką parasolką skierowałam się w stronę popularnego strumienia Cheonggye. Nie... wcale nie padało! Było tak upalnie, że w sakli od 1-10, przygrzało mi na 8 pkt w główkę. Mijałam także przy tym ambasadę USA - no takiego uzbrojenia to przy żadnej ambasadzie nie widziałam, anie tu w Korei, ani w Europie.
    Następnie... jakoś tak przeszło mi się za daleko i trafiłam na jakieś targi zdrowej żywności i ziół leczniczych. Niestety nie skusiłam się na suszone krewetki - postanowiłam powoli przyzwyczajać żołądek do dóbr azjatyckich. Trochę pobłądziłam, ale dzięki temu odkryłam wiele niesamowitych miejsc - takich jak ulicę świata ze słówkami: Witamy w różnych językach. W tym w polskim. Ostatecznie dotarłam do strumienia.
    Ale jeszcze do niego zeszłam doświadczyłam czegoś niezwykłego. Ni stąd ni zowąd pojawiła się grupa tancerzy z bębnami i piszczałką i zaczęła tańczyć na ulicy. Byłam totalnie oszołomiona! Ale występ był nieziemski. Poniżej tylko cząstka tego co tam się działo!
    Jeśli kiedykolwiek na nich traficie, będziecie mieć ogromne szczęście.



    Następnie z ulgą skierowałam się koło pomnika Wiosny po schodkach na dół do strumienia. Jeszcze tylko wybranie odpowiedniego miejsca w cieniu, zrzucenie sandałów i już moje zmęczone stopki zanurzyły się w strumieniu. Nawet nie wyobrażacie sobie jak byłam szczęśliwa.
    W takich chwilach naprawdę człowiek docenia wszystko co ma! Po kilkudziesięciu minutach relaksu postanowiłam pójść z nurtem i przeskakiwałam przez różne kamyki, przemieszczałam się koło wodospadu. Po prostu genialnie! Problem wystąpił dopiero w momencie, gdy miałam zamiar wrócić już do hostelu, bo mapa okazała się zbyt mało dokładne, by znaleźć punkt w którym się znajdowałam. Co się robi w takiej sytuacji? Ponownie, szukamy kogoś kto wygląda na takiego, który zna angielski w wersji zadowalającej (nie będziemy przesadnie wymagający) i bez problemu jesteśmy kierowani w stronę metra.




    A tu tymczasem natrafiamy na Katedrę Myeong-dong , która jest symbolem katolicyzmu w Korei. Sama katedra zbudowana jest w stylu gotyckim na planie krzyża. W oknach witraże, na ławeczkach koreańskie śpiewniki. Dla zainteresowanych Msze św. w języku angielskim w każdą niedzielę o godz. 9:00, a spowiedź również w języku angielskim przed tą mszą właśnie. Co do otoczenia kościoła to trzeba zwrócić szczególną uwagę na figurę Jezusa przed kościołem. Zdjęcie wiele mówiące znajduje się obok.


    Następnie doczłapałam się do deptaków w dzielnicy Myedong-dong, gdzie panował niezwykły ścisk i tłok, na ulicy znajdowały się przeróżne stragany z dodatkami do włosów, butami, torebkami, jedzeniem, butami, przyprawami. A sklepy przy ulicy wypełnione są klientami. Osoby, które zwracają uwagę na siebie to tzw. naganiacze, którzy zachęcają głównie kobiety do wejścia do sklepu kosmetycznego. A na zachętę dostaje się jakąś próbkę kosmetyku. Istny szał. Takiego oblężenia Krupówki nie widziały nawet w szczycie sezonu. Ale to też ma swój urok.

    Potem już tylko teleportacja do hostelu, kilka oddechów i szklanka zimnej wody i biegnę na spotkanie z Saeho :-) /Ze względu na brak zasięgu byłam zmuszona skorzystać z telefonu publicznego (ciekawe doświadczenie) i w taki oto sposób ustaliłam z Saeho miejsce spotkania./

    Pomimo małych problemów udało nam się w końcu spotkać! Saeho prawie nic się nie zmienił! Postanowiliśmy znaleźć jakąś fajną restauracyjkę. Ostatecznie padł wybór na taką jedną w pobliżu Sinchon Station. Niestety ze względu na brak wolnych miejsc zostaliśmy wpisani na listę oczekujących, ale co najlepsze złożyliśmy już zamówienie, które poszło do kuchni, tak by zostało podano w odpowiednim czasie bez czekania. Po 10 min zajęliśmy miejsce przy stoliku. Na dzień dobry dostaje się butelkę wody, jakąś zupkę w kubeczku, ostrą przystawkę (zostałam poinstruowana, żeby spróbować tylko trochę, bym się nie zniechęciła).
    Następnie podano danie główne: mięso z bardzo ciekawym makaronem, kluseczkami w sosie podobnym do barbecue, ale z dużą ilością papryki chili, przez co moje kubki smakowe wprost wariowały. Oczywiście zarówno kelner jak i Saeho powtarzali, że ta potraw nie jest ostra. Dlatego wszystkim, którzy po raz pierwszy przyjeżdżają do Azji polecam wybieranie potraw, które nie są ostre. Ponoć niedoświadczony smakosz, przy ostrej potrawie potrafi się spokojnie rozpłakać. Muszę się przyznać, że początkowo bardzo się obawiałam koreańskich specjałów ale z całą pewnością muszę przyznać, że są smaczne! Podobnie wino, które zamówiliśmy należy naprawdę do wyśmienitych. Muszę wypytać Saeho jak dokładnie się nazywa.
    Powspominaliśmy stare, dobre czasy i to co się zmieniło w naszym życiu, kiedy ostatni raz się widzieliśmy. Ogółem bardzo miło spędzony czas. Postanowiliśmy jeszcze się przemieścić do jakiegoś pubu, żeby spróbować typowego koreańskiego likieru. Trochę nam to zajęło ale krążenie po uliczkach rozświetlonymi neonami jest cudowne.
    Wszędzie pełno ludzi - życie po prostu kwitnie. W końcu trafiliśmy do innej restauracji, gdzie zamówiliśmy ryżowy likier, który smakuje jak zupa ryżowa z mlekiem wymieszana ze słodkim alkoholem. Przepyszny. Oprócz tego jako przegryzka sałata przeplatana warzywami z czymś co wyglądało jak galaretka z ryżu przyprawione sosem z chili. Nawet całkiem całkiem. Następnie jeszcze jajko sadzone podane z kukurydzą w sosie śmietanowym i mój brzuszek był w pełni zadowolony!



    Jako, że wybiła północ udałam się do hostelu, który był dokładnie 23 kroki od miejsca w którym pożegnałam się z Saeho. Marzyłam, aby po ciężkim dniu pełnym wrażeń położyć się w łóżku i zebrać siły na następny dzień. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam.... za to obudziło mnie wycie syren alarmowych i głośnie komunikaty po koreańsku przez megafon. Wyobraźcie sobie mój szok! Była to mniej więcej 5 nad ranem. Turczynka z którą jestem w pokoju również się obudziła (dziwne, żeby nie przy takim hałasie) i z przerażeniem pyta mnie co się dzieje. Nalot bombowy? Skażenie radioaktywne? A niby skąd mam wiedzieć!? Pierwsze co pomyślałam to w jaki sposób dostanę się do ambasady :P Zbiegłam jednak do mieszkania właściciela hostelu i pytam się co się dzieje, że tak syreny wyją. Na co on wielce zdziwiony pyta się jakie znowu syreny ale biegnie do okna i przysłuchuje się komunikatom. W międzyczasie pojawili się u niego WSZYSCY obcokrajowcy pytając się co się dzieje. Okazało się, że komunikat po koreańsku głosił, że szkoła (która jest zaraz obok hostelu) jest ewakuowana z powodu pożaru! Ale żadnego pożaru nie było widać. Właściciel założył więc, że jest to jakaś awaria systemu. Mimo wszystko nas to nie uspokoiło ale po pół godzinie syreny przestały wyć, więc wróciliśmy do łóżek ale naprawdę było ciężko zasnąć.

    I co... dzień i noc pełna wrażeń? Bez wątpienia!

    PS. Dowiedziałam się spod jakiego jestem znaku :-) A mianowice SMOKA :D A oto ja z moim pupilkiem...
    PS1. Osoba, która kieruje ruchem na skrzyżowaniach (tzw. policjant z drogówki) nazywa się "Najlepszy kierowca"

    PS2. W Seulu znajduje się fragment muru Berlińskiego.

    wtorek, 30 sierpnia 2011

    Welcome to Korea


    Witam bardzo serdecznie z Korei!

    Ale od początku :-)


    Jak już wiadomo, w Pradze złapaliśmy godzinne opóźnienie spowodowane potrzebą skomunikowania samolotów. Mimo wszystko zostało nam to wynagrodzone podczas lotu! Stewardessy pomocne, uśmiechnięte i ubrane naprawdę z szykiem.
    Odpowiednio umalowane i uczesane.





    Zastanawiało mnie tylko to, czy ta kokardka we włosach nie przeszkadza im...
    Ale najwidoczniej tak powinno być!



    Lot minął bardzo szybko i przyjemnie. Także dzięki dobremu wyborowi miejsca. Mimo wszystko lubię siedzieć przy korytarzu, gdyż mogę tam bezkarnie wyciągnąć nogi. Oczywiście niektórzy preferują miejsca koło wyjść ewakuacyjnych, ale niestety to pozbawia mnie możliwości trzymania swoich bibelotów na podłodze. Siedziałam akurat przed skrzydłami, z dala od toalety (gdzie rankiem utworzyła się gigantyczna kolejka), a dzieci jakoś postanowiły ulitować się nad pasażerami i nie hałasowały.
    Odnośnie dobrego wyboru miejsca w samolotach polecam filmik z you tube http://www.youtube.com/watch?v=UXhy6QZZJbw&feature=player_embedded/ . Warto także sprawdzić sobie rozkład miejsc w samolocie na stronie http://www.seatplans.com/.

    Turbulencji prawie, że nie było. Lecieliśmy nad Warszawą (to chyba jakaś ironia losu), Moskwą i całą Rosją, Pekinem i umiejętnie ominęliśmy Koreę Północną.

    Bez wątpienia Korean Air stał się leaderem linii powietrznych. Oczywiście standardy są zachowane (koc, poduszkę, kapcie, wodę w butelce, szczoteczkę i pastę do zębów dostaje się na dzień dobry)ale po starcie nadchodzi czas na odświeżenie, przegryzkę (tudzież orzeszki), obiad (w wersji Koreańskiej i europejskiej- podanej z metalowymi sztućcami), potem napoje, napoje, napoje, a rankiem śniadanie mega pyszne (akurat skusiłam się na omlet) z kawą/herbatą/wodą/sokiem do wyboru do koloru. Różnorodność filmów także zaskakiwała. Do wyboru kino europejskie, azjatyckie, nowości z Hollywood, klasyka gatunku (typu Titanic). A praktycznie obejrzałam połowę Kodu Nieśmiertelności :P

    A teraz coś, co notorycznie powodowało moją konsternację.


    To nie nowa wersja flagi Francji. To loga Pepsi i Korean Air. Łudząco do siebie podobne. Ten znak po lewej (<-) to znak zastrzeżony przez Pepsi Co., a ten po prawej (->) należy do Korean Air.

    Wniosek? Czyżby mieli tego samego grafika?


    W samolocie spotkałam Larę (Belgijka), która będzie studiować koreanistykę przez 3 lata w Seulu i co najlepsze otrzymała wizę jednokrotnego wjazdu. Polega to na tym, że uniwersytet zakłada, że skoro chce nauczyć się porządnie koreańskiego, to musi przebywać cały czas w Korei, poznając jej historię, kulturę, krajobraz, a nie zwiedzać całą Azję wzdłuż i wszerz. Więc mimo mojego zaproszenia do Pekinu z przykrością musiał odmówić. Ponadto leciała z nami Koreanka mieszkająca w Hiszpanii i bardzo chciała z nami rozmawiać po hiszpańsku. Z dumą mogę się pochwalić, że rozumiałam wszystko co mówi i nawet co nieco sama jej po hiszpańsku poopowiadałam :-) A wydawałoby się, że angielski wszyscy znają.

    Do Seulu przylecieliśmy z 30 min opóźnieniem. Lotnisko jest przeogromne! Najpierw ruchomymi chodnikami do strefy kwarantanny, gdzie za pomocą kamery-termowizora sprawdzano naszą temperaturę ciała. Następnie przystanek na wypełnienie formularzy wjazdowych na teren Korei oraz wypełnienie oświadczenia celnego. Potem z pięknie wypełnioną karteczką udajemy się do kontroli paszportowej dla obcokrajowców. Jeśli znajdzie się przed wami Chińczyk, macie murowane, że będziecie stać w kolejce dłużej (są dla nich bardziej rygorystyczne warunki wjazdu). Pech chciał, że miałam 2 Chińczyków. Ale skąd mogłam wiedzieć? Jeszcze ich nie rozróżniam... ale bez problemu z tłumu ludzi powiem, kto pochodzi z Korei. I to wcale nie jest prawda, że Koreańczycy, Japończycy, Chińczycy są identyczni. Różnią się i to bardzo! Różnią się tak samo jak my. No dobrze, ale co dalej... jeśli nie ma żadnych problemów z formularzem, dostajemy pieczątkę w paszporcie z datą ważności (moja ważna do końcówki listopada) - jak już wspominałam, jeśli przebywamy w Korei do 90 dni nie potrzebujemy wizy.

    Szczęśliwa wkroczyłam więc oficjalnie na teren Republiki Korei. Jeszcze tylko bagaż, kontrola celna (oddajemy tu 2 karteczkę), wymiana pieniędzy i spokojnie można powiedzieć welcome to Korea.

    Ze względu na brak zasięgu zarówno na karcie polskiej, jak i koreańskiej postanowiłam jak najszybciej przedostać się do Hostelu, by powiadomić kogo trzeba, że przyleciałam cała.
    W tym wypadku udajemy się najlepiej do Informacji Turystycznej (chyba, że ktoś ma ochotę pobiegać w tę i z powrotem na własną rękę z bagażami ), gdzie zostaniemy poinstruowani jak dojść na przystanek. Potem wystarczy już tylko kupić bilet autobusowy, nadać walizki do luku bagażowego u pana kierowcy (dostajemy taki kwitek) i ruszamy do Seulu.

    Pierwsze wrażenie z Korei? Tu jest wszystko w ciągłej budowie. Mosty na rzece Han rozrzucone są co pół kilometra, a każdy z mostów ma po 4 pasy w obu kierunkach. A ile mamy mostów w Warszawie? Całe 8 + 1 w budowie. Krajobraz jest dość trudny do określenia. Trochę pagórków, trochę zieleni przeplatającej się z betonem (domy, drogi, mosty). Ale co drugi samochód to Hyundai.

    No dobrze.... mija właśnie 40 min, co oznacza, że trzeba wysiadać! Dobrze, że zauważyłam, że wszystkie przystanki są na żądanie - mimo, że kierowca ma zestawienie dokąd jedziecie. Potem pomoc Koreańczyka, by powiedział kiedy mam wysiąść (Koreańskie informacje są głośniejsze, niż te nadawane w j.angielskim). Sama wysiadka jest w ogromnym tempie, gdyż kierowca pogania: szybciej, szybciej. Potem to już tylko droga do hostelu, rejestracja, kilka informacji dodatkowych od załogi i już jestem w pokoju. Masakrycznie zmęczona, ponieważ jest dość parno i gorąco (ok. 30C). Ale jak teraz lunęło! Prawie jak jakaś tropikalna ulewa! Całe szczęście, że dotarłam do hostelu. Nawet nie chcę myśleć, co by było, gdybym przybyła godzinę później.

    Teraz już do spania, muszę odchorować malutkiego jet laga ( tzw. zespół nagłej zmiany strefy czasowej), a rano ruszam w Seul!

    W końcu trzeba zobaczyć to wszystko....

    poniedziałek, 29 sierpnia 2011

    Praga



    Witam bardzo serdecznie z Pragi :-)

    Dzisiejszy dzień zaczął się baaardzo wcześnie rano. Przynajmniej dla mnie. Inni uważają, że to środek nocy. A wstałam tylko o 5:30. Potem przepyszne śniadanko z nektarynkami i naleśnikami w wykonaniu Magdy i telefon po taksówkę... Na 5 min przed wyjściem zdarzyło się coś, co było do przewidzenia... Urwała się rączka w dużej walizce! Mimo usilnych prób naprawienia jej (łącznie z użyciem niezawodnej ponoć "Kropelki") rączka wisi tylko na jednym włosku. Ale ale.. nie takie rzeczy się podróżnym przytrafiały - inni gubili kółka!

    W ekspresowym tempie dotarłam na lotnisko! Przeczucie mnie nie zawiodło i po zważeniu bagaży okazało się, że mam wciąż 5kg za dużo na bagażu rejestrowanym, więc trzeba było odpowiednio wyważyć co jest najcięższe i może zmieścić się w podręcznym. Efekt: bagaż nadany :D
    Boarding nastąpił bardzo sprawnie, a w środku okazało się,

    że lecą z nami piłkarze ręczni HCM Constanta z Rumunii (zdobyli 2 miejsce w Kielce Cup 2011) oraz Vardar Skopje ( musieli się zadowolić 4 miejscem). O godz. 9:00 kapitan ogłosił, że niestety mamy małe opóźnienie i będzie nas informować na bieżąco. O godz. 9:30 (po rozdaniu napojów) okazało się, że jest problem z jakimś bagażem ( tzw. nadwyżka w stosunku do liczby osób) więc wszystkie bagaże zostały ładnie poukładane na płycie lotniska :P Słodko! Ale oczywiście wszystko w ramach bezpieczeństwa.

    O godz. 10:00 wylecieliśmy do Pragi - w końcu. Lot minął bardzo spokojnie. Lecieliśmy nad Łodzią i Wrocławiem. Czeskie linie lotnicze zaproponowały nam muffinkę na przegryzienie i zanim zdążyłam ją skosztować, to już podchodziliśmy do lądowania. A teraz zagadka dla fizyków. Skoro lecieliśmy ze średnią prędkością 500 km/h, a odległość między Warszawą, a Pragą to jakieś 500 km, to jak długo trwał lot? ;)


    W Pradze 20C, piękne słoneczko, od czasu do czasu jakaś chmurka malutka nadeszła. Pierwsze moje kroki skierowałam do jakże pożytecznej Informacji Turystycznej, gdzie dowiedziałam się jak mogę dostać się do Centrum.
    Pesteczka!
    Zakupiłam 2 bilety 90-minutowe za 32Kc i udałam się na przystanek autobusu nr. 119
    do Dejvicka (stacja metra). Po 20 minutach jazdy, skierowałam się w stronę metra. Zauważyłam, że mamy z Czechami bardzo dużo wspólnego. Schody ruchome służą do tego, by to ludzie się po nich poruszali, a nie by schody przemieszczały ludzi. Ale po wielkich przebojach z walizką jakoś spełzłam po tych kilkudziesięciu schodach ;)
    Nagle, usłyszałam tak wszystkim znane słowo: POZOR. I tu włączyło mi się czerwone światełko mówiące: patrz, co robią miejscowi. A oni spokojnie zaczęli wychodzić z metra. Co należy zrobić w takich przypadkach? Ano szybkie spojrzenie na wychodzących i podchodzi się do młodej osoby, która zapewne mówi po angielsku. Akurat trafiłam na Annę, która spokojnie po angielsku wytłumaczyła mi, że akurat zdarzył się wypadek i metro przestało jeździć, a w komunikacie podali, że należy przesiąść się na auto
    busy i tramwaje. I nagle mój piękny plan dostania się do centrum w 40 min uległ w gruzach. Ale taka sytuacja to tylko większa rozkosz dla mnie :-) Więc poprosiłam Annę, aby wytłumaczyła mi jak najszybciej dostać się na Starówkę, a ona zaproponowała, że podjedzie ze mną kawałek i pokaże mi, gdzie mam się przesiąść. A więc najpierw tramwaj 20, potem 18.
    Z Anną porozmawiałyśmy kilka minut, a gdy nadszedł czas mojej przesiadki dała mi swoje namiary na Facebooku. Od tamtej pory podróżowałam już na własną rękę. Ku mojemu zdziwieniu, tramwaj przejeżdżał przez bramę w kamienicy. Ach jaka szkoda, że nie udało mi się cyknąć fotki! Tramwaj przejeżdżał także przez most Legii (nie wiem, czy ma to jakiś związek z klubem piłkarskim, ale i tak miło z ich strony) z którego roztaczał się piękny widok na Karluv most.

    Wysiadka nastąpiła przy Nardoni Divadlo (co w wolnym tłumaczeniu znaczy Teatr Narodowy). Potem już spacerkiem po kocich łbach... łup, łup, łup, łup. No ale w końcu to starówka :-) Zrobiłam sobie rundkę po deptaku "Na Prikope", podeszłam pod Prasną bramę (gotycką budowę z 1475 roku), następnie pod Chram matky Bozi Pred Tynem (tu również gotyk się kłania).


    Ale oczywiście najbardziej efektowny był Staromestska Radnice s Orlojem, czyli ratusz z zegarem astronomicznym. Ze względu, że czas był moim panem, nie mogłam zostać do pełnej godziny, by zobaczyć 12 apostołów. Jeszcze to kiedyś nadrobię.


    Z rynku przetransportowałam się z moim fioletowym, czterokołowym
    przyjacielem na Karluv most (wybudowany z polecenia Karola IV w 1357, podczas gdy rzeźby zdobiące most pochodzą już z 18 wieku), gdzie liczba turystów stanowczo odbierała urok temu miejscu. Wspaniały widok na Hradcany przy akompaniamencie ulicznych grajków spowodował, że zatrzymałam się w tym miejscu na dłużej.

    Jako, że nadeszła pora obiadowa zaczęłam rozglądać się za jakimiś knedlikami. Co oznaczało, że należy skręcić w jakąś boczną uliczkę z dala od komercyjnych restauracji. I w taki oto sposób znalazłam się a bardzo uroczej, małej, rodzinnej restauracyjce. W sumie teraz żałuję, że nie wybrałam jeszcze polecanej przez szefową kuchni zupy cebulowej.


    Posilona i pełna siły rozpoczęłam wspinaczkę na Prazky Hrad, co oczywiście oznacza... Wiecie?


    Tak, zgadliście Zamek Praski. Teraz troszkę historii na osłodę. Prazky hrad powstał w 9 wieku i przez kolejne 11 wieków ewaluował. Do 1918 roku stanowił siedzibę Książąt i Królów, by następnie przekształcić się w rezydencję Prezydenta Czech.

    Przepiękna katedra oraz Pałac zapierają dech w piersiach, tak jak i widok na Pragę ze wzgórza. Jedynym smutnym elementem było dla mnie - brak możliwość wejścia na Złotą Uliczkę. Ale co się odwlecze, to nie uciecze :-) Następnie przez Stare zameckie schody doczłapałam się do Malostranska, gdzie złapałam powrotny tramwaj. Tą samą trasą trafiłam na lotnisko, gdzie właśnie piszę tego posta.

    Jakie wrażenia z Pragi? Jest to miasto pełne uroku, z dużą ilością restauracji i jeszcze większą ilością turystów. Grupy zorganizowane mówiące po angielsku, hiszpańsku, japońsku, niemiecku, włosku spotyka się na każdym kroku. Jeśli chodzi o wycieczki indywidualne to przeważają tylko 3 narodowości: Polacy, Niemcy i Rosjanie.
    Nogi mnie wcale nie bolą, w przeciwieństwie do dłoni.

    Wrażeń dziś jeszcze będzie co nie miara, bo lot do Seulu jest już opóźniony godzinę ;) Mam nadzieję, że te wszystkie "przyjemności" skończą się wraz z wylotem do Azji.

    Pozdrawiam z czeskim akcentem: Nashledanou!

    P.S. Praga, to wspaniałe miejsce dla wszystkich kardiologów i kardiochirurgów. Co krok znaleźć można jakąś zastavkę ;)










    P.S.2 Oczywiście, wszędobylski Krtek :-)










    P.S.3 Czy ktoś kojarzy, co to jest?

    niedziela, 28 sierpnia 2011

    Witaj przygodo!

    Witaj przygodo :-)

    Kilka dni przygotowań, a później 40 min na pakowanie :-) Z całą skromnością mogę powiedzieć, że jestem specjalistką w pakowaniu się w ostatniej chwili! Efekt? 2 walizki (nie tyle wypchane po brzegi, co strasznie ciężkie.)

    Mimo wszystko uczucie, że o czymś się zapomniało jest straszne!

    Wykorzystałam już dwa koła ratunkowe: pytanie do publiczności i telefon do przyjaciela. Cały czas pozostaje 50:50. A to oznacza, że albo daną rzecz wzięłam albo nie.

    Bardzo DZIĘKUJĘ wszystkim za życzenia wspaniałej podróży, przygody życia i powodzenia (które na pewno się przyda). Postaram się na tym blogu przekazać cząstkę wrażeń jakich będę doświadczać. Wszelkie komentarze, czy pytania mile widziane.

    A teraz zabieram Was wszystkich razem ze sobą... Nie zostawajcie w tyle!


    28 sierpnia

    Podróż do Warszawy pociągiem relacji Praga/Budapeszt - Warszawa. Czy to nie jest wyjątkowo zabawne?

    300 km do Warszawy, po to by złapać samolot do Pragi! No cóż... nie zrozumiemy w pełni świata biznesu :-) I dlatego kręci się on w najlepsze.

    Podróż dłużyła się i dłużyła... Przecież tą trasę pokonałam już kilkadziesiąt razy!? Ale nie będę jakoś tęskniła za PKP, gdy będę mieć do wyboru Maglevy . 400km/h i nagle podróż do Warszawy trwa ok 40 min zamiast 2h. Tak... może KIEDYŚ doświadczymy takiego cudu na kolei.

    Warszawa przywitała mnie pięknym słońcem. Przedostalam sie transportem miejskim z pomoca dobrej duszyczki do 4-gwiazdkowego hotelu, gdzie czekala na mnie wspaniala kolacja! A potem wpadł czteropak, zeby sie jeszcze pozegnac przed podroza :-) Bardzo serdecznie Wam za to dziękuję!

    Tyle wrażeń na dzisiejszy dzień. Jutro pobudka z samego rana... A będzie on pewnie jedyna w swoim rodzaju - takiego budzika napewno nie dostaniecie u żadnego zegarmistrza. A potem to już standard: check in ->; lot ->; Praga (tzw. złapanie oddechu) ->; lot ->; Seul. To będzie bardzo długi dzień... a nawet dwa. Odezwę się w takim razie zapewne z Korei :-)

    piątek, 19 sierpnia 2011

    Plan podróży

    Żadna podróż nie może odbyć się bez odpowiedniego planu! Dlatego już teraz mogę spokojnie powiedzieć: "Witaj przygodo!". Bilet zakupiony, wizy załatwione. Ale po kolei.

    Moją wyprawę zacznę wspólnie z liniami Korean Air.

    Jako, że najlepsze są podróże wieloodcinkowe( w tym najbardziej efektywne) a transport intermodalny też jest niczego sobie to postanowiłam trochę zaszaleć. A więc...
    Warszawa - Praga ( w tym czas, by wyskoczyć na chwilę na Pražský hrad, Knedlík i Karlův most) - Seul. Tylko i wyłącznie 20h i 25mindo celu. Natomiast, będę spędzać urocze 10h na pokładzie Boeing 777 .


    Odnośnie wiz do Korei Południowej to wyczytałam, że:
    • Polacy nie muszą posiadać wiz przy wjazdach turystycznych do Korei na okres do 90 dni.
    • Ale paszport powinien być ważny na co najmniej na okres pobytu w Korei.
    • Urzędnik imigracyjny ma prawo zapytać o cel podróży i prosić o wskazanie źródeł finansowania i o okazanie biletu powrotnego.
    Następnie, również dzięki uprzejmości koreańskich linii lotniczych przedostanę się już do Chin.

    Co do wiz do Chin to z doświadczenia mogę udzielić paru rad:
    • O wizy można ubiegać się w chińskim konsulacie w Warszawie.
    • Konsulat jest czynny tylko i wyłącznie 3 razy w tygodniu po 2godz.
    • Warto mieć już dobrze wypełniony formularz wizowy, który znajduje się na stronie ambasady chińskiej (http://www.chinaembassy.org.pl/pol/lsyw/QZSQ/) i ustawić się w pięknej kolejce do okienka. Najlepiej przychodzić pół godziny przed otwarciem, by mieć pewność, że na pewno załatwi się wszystko co potrzeba. Taaak, słyszałam opowieści, jak to ludzi stali 2h i nie doszli nawet do słynnego drzewa. Dlaczego tak wolno to idzie? Ze względu na dużą ilość wniosków wizowych biur podróży. I wówczas kolejka zatrzymuje się na jakieś dobre 40 min.
    • Kiedy już szczęśliwi dostaniemy się do okienka należy przedstawić wszystkie wymagane dokumenty ( w zależności od rodzaju wizy), ale są to przede wszystkim paszport, zdjęcie naklejone na wniosek wizowy, bilety lotnicze, potwierdzenie rezerwacji noclegów. Gdy wszystko się zgadza, cała procedura trwa mniej niż 2min. Dla osób ubiegających się o wizy studenckie typu X wymagany jest także formularz B (wzór znajduje się na stronie ambasady), formularz JW201 lub JW202 oraz Acceptance Letter przysyłany przez uczelnię na której ma się zamiar podjąć studia), a także formularz badań lekarskich (link do wzoru znajdziesz tutaj: http://www.china-embassy.org/chn/hzqz/zgqz/Q2.pdf) Warto wspomnieć, że wymagane jest przy tym prześwietlenie klatki piersiowej, badania krwi oraz EKG. /Ciężko domyśleć się, po co to wszystko... Najwidoczniej obawiają się obcokrajowców w Chinach/
    • Z ambasady wychodzimy radośni uzbrojeni w kwitek z numerem naszej aplikacji oraz numerem konta, na które należy wpłacić opłatę za wizę. W zależności od tego, czy wizę wyrabiamy w trybie normalnym (tydzień), czy ekspresowym (1 dzień) cena skacze od 200 do 300 zł. Ważne, by jak najwcześniej zrobić przelew bankowy, bo zdarzały się sytuacje, że ludzie odchodzili z kwitkiem, gdyż bank jeszcze nie przeksięgował należności.
    • Po tygodniu, bądź na następny dzień ( dla najbardziej zdeterminowanych) przychodzimy ponownie do ambasady, lecz tym razem ustawiamy się w kolejce tzw."po odbiór", która nie dość, że względnie szybko idzie, to wszyscy kolejkowicze odbiorą swoje paszporty (nawet, gdy już będzie po czasie pracy konsulatu).
    • Ostatnim etapem ubiegania się o wizę jest ogromny uśmiech na twarzy, gdy w swoim paszporcie ujrzymy tak długo wystaną w kolejce wizę.

    Tak więc nic, tylko oczekiwać na wylot!

    Ostatnie dni na pakowanie...

    Witam bardzo serdecznie wszystkich kompanów podróży!

    Przygotowania przed podróżą nie należą ani do najprostszych ani do najprzyjemniejszych. Zawsze o czymś się zapomni, zawsze walizka będzie za mała, zawsze wszystko robi się na ostatnią chwilę!

    Ale z dumą mogę już się pochwalić przewodnikami, które zakupiłam i czytam powolutku :-) Przewodniki, ano właśnie... Jak wybrać ten najlepszy? Ciężko określić. To zależy czego od niego oczekujemy. Czy kolorowych ilustracji, czy małego formatu, czy zaktualizowanych danych, bądź przygotowanych tras. Ja zdecydowałam się na wersje anglojęzyczne i najbardziej aktualne ( w tym wersja z 2011). Oczywiście nie mam zamiaru tu robić reklamy Lonely Planet, ale dla mnie ten przewodnik jest w sam raz.

    A teraz coś, o czym może nie każdy wie. Jeśli wybieracie się gdziekolwiek bądź indywidualnie (nie dotyczy wyjazdów zorganizowanych przez biura podróży) to warto zgłosić swoją podróż w tzw. e-Konsulacie przy MSZ (tutaj link: https://secure.e-konsulat.gov.pl/Podroze/OpiekaKonsularna.aspx ). Jest to o tyle dobra sprawa, gdyż w przypadku jakichkolwiek sytuacji kryzysowych (m.in. konieczność ewakuacji w związku z klęską żywiołową) możemy liczyć na pomoc polskiej ambasady. Ja już odpowiednio wypełniłam wszystkie formularze i czuję się spokojniejsza. Zwłaszcza, jeśli weźmiemy pod uwagę ostatnie informacje z półwyspu Koreańskiego.

    Co mnie czeka jeszcze? Na pewno zapakowanie samej walizki, a w tym wszystkich ładowarek, aparatu, laptopa, telefonu, kosmetyków, apteczki, ubrań, adapter (tudzież przejściówka) - ze względu na różne rodzaje gniazdek elektrycznych i wiele, wiele innych rzeczy. A i tak pod koniec wyjdzie, że jest o 5kg za ciężki bagaż.


    Mimo wszystko mam nadzieję, że pakowanie wyjdzie mi o niebo lepiej niż Panie Fasoli :D