Witam bardzo serdecznie z Korei!
Ale od początku :-)
Jak już wiadomo, w Pradze złapaliśmy godzinne opóźnienie spowodowane potrzebą skomunikowania samolotów. Mimo wszystko zostało nam to wynagrodzone podczas lotu! Stewardessy pomocne, uśmiechnięte i ubrane naprawdę z szykiem.
Odpowiednio umalowane i uczesane.
Zastanawiało mnie tylko to, czy ta kokardka we włosach nie przeszkadza im...
Ale najwidoczniej tak powinno być!
Lot minął bardzo szybko i przyjemnie. Także dzięki dobremu wyborowi miejsca. Mimo wszystko lubię siedzieć przy korytarzu, gdyż mogę tam bezkarnie wyciągnąć nogi. Oczywiście niektórzy preferują miejsca koło wyjść ewakuacyjnych, ale niestety to pozbawia mnie możliwości trzymania swoich bibelotów na podłodze. Siedziałam akurat przed skrzydłami, z dala od toalety (gdzie rankiem utworzyła się gigantyczna kolejka), a dzieci jakoś postanowiły ulitować się nad pasażerami i nie hałasowały.
Odnośnie dobrego wyboru miejsca w samolotach polecam filmik z you tube http://www.youtube.com/watch?v=UXhy6QZZJbw&feature=player_embedded/ . Warto także sprawdzić sobie rozkład miejsc w samolocie na stronie http://www.seatplans.com/.
Turbulencji prawie, że nie było. Lecieliśmy nad Warszawą (to chyba jakaś ironia losu), Moskwą i całą Rosją, Pekinem i umiejętnie ominęliśmy Koreę Północną.
Bez wątpienia Korean Air stał się leaderem linii powietrznych. Oczywiście standardy są zachowane (koc, poduszkę, kapcie, wodę w butelce, szczoteczkę i pastę do zębów dostaje się na dzień dobry)ale po starcie nadchodzi czas na odświeżenie, przegryzkę (tudzież orzeszki), obiad (w wersji Koreańskiej i europejskiej- podanej z metalowymi sztućcami), potem napoje, napoje, napoje, a rankiem śniadanie mega pyszne (akurat skusiłam się na omlet) z kawą/herbatą/wodą/sokiem do wyboru do koloru. Różnorodność filmów także zaskakiwała. Do wyboru kino europejskie, azjatyckie, nowości z Hollywood, klasyka gatunku (typu Titanic). A praktycznie obejrzałam połowę Kodu Nieśmiertelności :P
A teraz coś, co notorycznie powodowało moją konsternację.
To nie nowa wersja flagi Francji. To loga Pepsi i Korean Air. Łudząco do siebie podobne. Ten znak po lewej (<-) to znak zastrzeżony przez Pepsi Co., a ten po prawej (->) należy do Korean Air.
Wniosek? Czyżby mieli tego samego grafika?
W samolocie spotkałam Larę (Belgijka), która będzie studiować koreanistykę przez 3 lata w Seulu i co najlepsze otrzymała wizę jednokrotnego wjazdu. Polega to na tym, że uniwersytet zakłada, że skoro chce nauczyć się porządnie koreańskiego, to musi przebywać cały czas w Korei, poznając jej historię, kulturę, krajobraz, a nie zwiedzać całą Azję wzdłuż i wszerz. Więc mimo mojego zaproszenia do Pekinu z przykrością musiał odmówić. Ponadto leciała z nami Koreanka mieszkająca w Hiszpanii i bardzo chciała z nami rozmawiać po hiszpańsku. Z dumą mogę się pochwalić, że rozumiałam wszystko co mówi i nawet co nieco sama jej po hiszpańsku poopowiadałam :-) A wydawałoby się, że angielski wszyscy znają.
Do Seulu przylecieliśmy z 30 min opóźnieniem. Lotnisko jest przeogromne! Najpierw ruchomymi chodnikami do strefy kwarantanny, gdzie za pomocą kamery-termowizora sprawdzano naszą temperaturę ciała. Następnie przystanek na wypełnienie formularzy wjazdowych na teren Korei oraz wypełnienie oświadczenia celnego. Potem z pięknie wypełnioną karteczką udajemy się do kontroli paszportowej dla obcokrajowców. Jeśli znajdzie się przed wami Chińczyk, macie murowane, że będziecie stać w kolejce dłużej (są dla nich bardziej rygorystyczne warunki wjazdu). Pech chciał, że miałam 2 Chińczyków. Ale skąd mogłam wiedzieć? Jeszcze ich nie rozróżniam... ale bez problemu z tłumu ludzi powiem, kto pochodzi z Korei. I to wcale nie jest prawda, że Koreańczycy, Japończycy, Chińczycy są identyczni. Różnią się i to bardzo! Różnią się tak samo jak my. No dobrze, ale co dalej... jeśli nie ma żadnych problemów z formularzem, dostajemy pieczątkę w paszporcie z datą ważności (moja ważna do końcówki listopada) - jak już wspominałam, jeśli przebywamy w Korei do 90 dni nie potrzebujemy wizy.
Szczęśliwa wkroczyłam więc oficjalnie na teren Republiki Korei. Jeszcze tylko bagaż, kontrola celna (oddajemy tu 2 karteczkę), wymiana pieniędzy i spokojnie można powiedzieć welcome to Korea.
Ze względu na brak zasięgu zarówno na karcie polskiej, jak i koreańskiej postanowiłam jak najszybciej przedostać się do Hostelu, by powiadomić kogo trzeba, że przyleciałam cała.
W tym wypadku udajemy się najlepiej do Informacji Turystycznej (chyba, że ktoś ma ochotę pobiegać w tę i z powrotem na własną rękę z bagażami ), gdzie zostaniemy poinstruowani jak dojść na przystanek. Potem wystarczy już tylko kupić bilet autobusowy, nadać walizki do luku bagażowego u pana kierowcy (dostajemy taki kwitek) i ruszamy do Seulu.
Pierwsze wrażenie z Korei? Tu jest wszystko w ciągłej budowie. Mosty na rzece Han rozrzucone są co pół kilometra, a każdy z mostów ma po 4 pasy w obu kierunkach. A ile mamy mostów w Warszawie? Całe 8 + 1 w budowie. Krajobraz jest dość trudny do określenia. Trochę pagórków, trochę zieleni przeplatającej się z betonem (domy, drogi, mosty). Ale co drugi samochód to Hyundai.
No dobrze.... mija właśnie 40 min, co oznacza, że trzeba wysiadać! Dobrze, że zauważyłam, że wszystkie przystanki są na żądanie - mimo, że kierowca ma zestawienie dokąd jedziecie. Potem pomoc Koreańczyka, by powiedział kiedy mam wysiąść (Koreańskie informacje są głośniejsze, niż te nadawane w j.angielskim). Sama wysiadka jest w ogromnym tempie, gdyż kierowca pogania: szybciej, szybciej. Potem to już tylko droga do hostelu, rejestracja, kilka informacji dodatkowych od załogi i już jestem w pokoju. Masakrycznie zmęczona, ponieważ jest dość parno i gorąco (ok. 30C). Ale jak teraz lunęło! Prawie jak jakaś tropikalna ulewa! Całe szczęście, że dotarłam do hostelu. Nawet nie chcę myśleć, co by było, gdybym przybyła godzinę później.
Teraz już do spania, muszę odchorować malutkiego jet laga ( tzw. zespół nagłej zmiany strefy czasowej), a rano ruszam w Seul!
W końcu trzeba zobaczyć to wszystko....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz