Postaram się stopniowo nadrabiać zaległości :-)

środa, 23 listopada 2011

Szanghaj

Shanghai 19 – 23.11.2011

I w końcu podróż do Szanghaju stała się faktem. Wyruszyłyśmy z Camille z kampusu odpowiednio wcześniej, by bez pośpiechu (jak to miało miejsce w przypadku Xian) zdążyć na pociąg. Taksówkę złapałyśmy szybko i bez problemu. Niestety nie przewidziałyśmy tego, że w Pekinie obowiązuje godzina szczytu przez 24h. Wpakowaliśmy się w potężny korek, ale kierowca zmienił trasę i dalej mknęliśmy na południe na stację Pekin Południowy. A tu Ci niespodzianka kolejny korek! Chyba to jakaś kpina. Stoimy sobie w korku… nie ruszamy się nawet o milimetr! Bosko! Mówimy taksówkarzowi, że za 40 min odjeżdża nasz pociąg do Szanghaju. (Warto tu wspomnieć, że pociągi te odjeżdżają przed czasem, a na pewno o czasie! Wszelkie spóźnienie grozi pozostaniem w Pekinie). W końcu coś drgnęło. Kierowca zmieniając pasy ( w stylu pekińskim) przedostał się na czoło peletonu. Gdy już byliśmy w pobliżu stacji naszym oczom ukazał się kolejny korek. Nie ma co czekać mówimy do taksówkarza, a ten skręca w uliczkę „pod prąd”. Dzięki czemu zyskujemy drogocenne sekundy! Na stację docieramy „za 8 min odjazd”. Jeszcze szybka kontrola osobista i biegiem przez stację w poszukiwaniu bramki. Następnie sprintem przez peron, żeby dostać się do odpowiedniego wagonu. Uff… Zdążyłyśmy! Drzwi się zamykają i odjeżdżamy! Odjazd 2 min przed czasem :P A może to mój zegarek spóźnia się o te 2 drogocenne minuty.

Podróż CRH to czysta przyjemność. 5h do Szanghaju. PKP powinny się uczyć od Chińczyków! Podróż 5-h mija bardzo szybko, zwłaszcza gdy trzeba dokończyć prace zaliczeniową.

Przybywamy do Szanghaju na stację Hong Qiao, która obsługuję Pekin-Szanghaj Express Train. W międzyczasie, gdy przemieszczałyśmy się do hotelu, skontaktowałyśmy się z kolegą z MBA, który obecnie przebywał w Szanghaju (jako przystanek przed powrotem do domu). Ustaliliśmy, że zobaczymy panoramę Szanghaju wieczorem razem. Do hotelu dotarłyśmy w niecałą godzinę. Trwałoby to zdecydowanie krócej, gdyby mieszkańcy Szanghaju odróżniali wschód od zachodu. A tak pozwiedzałyśmy sobie East Nanjing Road z walizkami. I co chwilę można było usłyszeć po angielsku: „Torebki, zegarki dla miłej pani”. Najlepszy sposób na pozbycie się natrętnych sprzedawców to głośne i stanowcze: „Bu yao!”. Sam hostel bardzo miły, przytulny, a co najważniejsze z ciepłą wodą i w bliskiej odległości od tzw. „The Bund” (skąd rozpościera się przepiękny widok na wieżowce). Nir dołączył do nas w hostelu i razem wyruszyliśmy na podbój Szanghaju nocą. Jakie było nasze zdziwienie, gdy zamiast oślepiających wieżowców zobaczyliśmy budynki tonące w ciemnościach. Chciałoby się rzec: „No bez jaj!”. Rozczarowani wróciliśmy na East Nanjing Road, gdzie również tutaj powitała nas ciemność! Czy ktoś raczy mi wyjaśnić o co tu chodzi? Wyjaśniło się później :P Po prostu o godz. 22:00 miasto zamiera, tzn. zamiera elektryczność i wszystkie neony są zgaszone. Na poprawę nastroju wybraliśmy się na ciacho :D

Kolejny dzień powitał nas pięknym słoneczkiem. Wcześnie rano udałyśmy się na Bund, żeby za dnia zobaczyć to, czego nie zobaczyliśmy nocą. W sumie wiezowce jak wieżowce – normalka :D Kilka fotek i ruszamy dalej. Skupiłyśmy się tego dnia na tzw. starym mieście. Przepiękne budynki w stylu chińskim, kręte uliczki – to ma klimat. Minus? Turyści, turyści, turyści. Ale nie ma co się dziwić skoro to niedziela. Mnóstwo policjantów, którzy na każdym kroku przypominają: Proszę pilnować swoich rzeczy. Jako, że trochę się nachodziłyśmy i nadeszła pora obiadu to zdecydowałyśmy się na stołówkę z owocami morza. Niestety jedzenie nas nie powaliło wprost przeciwnie do cen. Ale co się dziwić. Następnie odwiedziłyśmy świątynie i zapaliłyśmy ichnie świeczki/kadzidełka jakkolwiek to się po chińsku nazywa. Przesiąknięte dymem złapałyśmy oddech w ogrodach Yuyuan. Cudnownie było przemieszcać się po różnych zakątkach ogrodu znajdując tajemnicze przejścia, wspinać się po skalnych stopniach, czy rozmawiać z 8-letnią dziewczynką. Jednak zwiedzanie daje w kość, dlatego postanowiłyśmy zrobić sobie przerwę kawową. Następnie przemieściłyśmy się na People’s Square typowymi uliczkami Szanghaju. Co za przyjemność uciec od turystycznych atrakcji tego potężnego miasta. Tu też łapiemy motor, żeby zyskać na czasie. Prędkość z jaką się przemieszczałyśmy była niesamowita! Gdy już dotarłyśmy na miejsce zwiedziłyśmy Muzeum Urbanistyki. Naprawdę warte odwiedzenia. Można zobaczyć jak zmieniał się Szanghaj w przeciągu stuleci, a także podziwiać ogromną makietę Szanghaju o różnych porach dnia i nocy. Jako, że umówiłyśmy się na kolację z Cathy (którą notabene poznałam w Xian) to przemieściłyśmy się do nowoczesnej/finansowej dzielnicy Pudong. Tam też zjadłyśmy kolację z widokiem na Bund. Jedzonko średnie ale widok rekompensował wszystko. Jako, że noc była młoda postanowiłyśmy udać się w chmury. A mianowicie zafundowałyśmy sobie drinka na 87 piętrze :D Wow! To się nazywa być w chmurach! Ten widok pozostanie w mej pamięci na zawsze.

Witaj poniedziałku! Kierunek: Suzhou. Udajemy się na stację kolejową i słyszymy: „Mei you!”. Jak to nie ma biletów! Jak to nie ma? W końcu po długiej konwersacji dowiadujemy się, że możemy złapać pociąg za 2h! Gdy słyszy się taką informację o 7 rano i w myślach przetwarza się informacja: mogłam spać o 2h dłużej, to naprawdę trzeba czegoś mocniejszego. KAWA! I tak oczekujemy na pociąg. Na szczeście czas szybko mija i już PRAWIE po chwili siedzimy w szybkim pociągu do Suzhou. 30 minut i już jesteśmy na miejscu. To się nazywa ekspres, nie? Tutaj udajemy się do informacji turystycznej, żeby dowiedzieć się jak najlepiej trafić do Tongli. Niestety w tym przypadku przewodnik Lonely Planet zawiódł. Na szczescie miła Chinka tłumaczy nam co i jak i nawet pisze na kartce chińskie znaczki, żeby dwie dziewczynki bez problemu trafiły tam gdzie chcą. Po drodze jesteśmy zaczepiane przed ludzików, którzy oferują nam różnego rodzaju wycieczki. Gdy po chińsku im odpowiadamy, że wybieramy się w zupełne inne miejsce, są w SZOKU. To wy mówicie po chińsku? Jakim cudem? Ze stacji kolejowej przeszłyśmy na dworzec autobusowy. Opłata 100RMB, w którą wliczony jest przejazd, wejściówka do miasta (tak! Takie buty!) oraz wstępy do muzeów. Jeszcze tylko 1,5h i witaj Tongli. Jeszcze tylko podwózka wózkiem golfowym za złotówkę i naszym oczom ukazuje się „Wenecja Wschodu”! Kanały, kanaliki, piękne ogrody… Nawet ciężko to opisać słowami. To trzeba po prostu zobaczyć. Spędzamy tu cały dzień. Relaksujemy się płynąc płaskodenną łódeczką… W tle słychać spiew ptaków. Cud, miód, a potem obiad nad kanałem. Przepysznosci! Niestety czas nas goni, bilet powrotny do Szanghaju wykupiony, wiec z zalem opuszczamy to miejsce. Podróż powrotna minęła prawie sprawnie. Prawie? Ano nasz autobus miał małą stłuczkę pod posterunkiem policji. To się nazywa wyczucie miejsca i czasu. Halo! Ale my się śpieszymy na pociąg!? Na szczescie po 30 min ruszamy w dalszą drogę. W sumie mało nas interesuje, czy autobus jest sprawny o ile się przemieszcza. Na dworzec kolejowy dotarłyśmy odpowiednio wcześnie, ale zbyt późno by pozwiedzać Suzhou. Szkoda… Ale co się odwlecze, to nie uciecze. W wolnej chwili kupujemy bilety na następny czas, wypijamy gorącą czekoladę i poznajemy chłopaka z Suzhou, który zna kilka słów po polsku: „ Cześć! Jak się masz? Na razie!” to się nazywa smyk do języków obcych. Po powrocie do Szanghaju udajemy się na południowy kraniec, gdzie mamy zarezerwowany stolik w jednej z najlepszych knajpek Szanghaju. Faktycznie! Kaczka w pomarańczach, czy wołowina w sosie winnym to po prostu magia!

Obiecany wtorek. Plan na dzis? Bułka z masłem :P 7:00 do Nanjing, 12:00 do Suzhou, 19:00 do Szanghaju. Pobudka 5:00 :D Jak dobrze, że pociąg do Nanjing jedzie 2 h – zawsze to troche snu! Jak to żle, że pociąg do Nanjing jedzie 2 h – mamy niecałe 3h, żeby zwiedzić to miasto. Ale co tam, damy radę! Nie? Nanjing lezy nad przepięknym jeziorem. Szkoda tylko, że było dość mgliście ale mimo wszystko widok jest nieziemski. Spacerujemy wokół murów miejskich, mijając po drodze ludzi ćwiczących tai chi. Następnie złapałyśmy taksówkę, żeby dostać się na Zijin Mountain, z której rozpościera się piękny widok na całą okolicę. Wykupujemy bilet na kolejkę krzesełkową i gdy już na niej się znalazłyśmy okazało się, że podróż w 1 stronę trwa godzinę. Co? No to będziemy musiały z powortem biec. I w sumie tak też się stało! Problemem było brak jakiejkolwiek taksówki na tym odludziu! Na szczescie dorwałam jedną u podnóża góry i tłumaczę, że w tempie błyskawicznym chcemy dostać się na dworzec. Za 20 min odjezdza nasz pociąg. Dawaj 100km/h na liczniku! Po ok. 15 min pędem wleciałyśmy na dworzec i czym prędzej mknęłyśmy na odpowiedni peron. Kolejny raz się udało. Zdązyłysmy. Przez kolejne 1,5h starałyśmy się złapać oddech. W samym Suzhou zwiedziłyśmy Guanqian Jie – jedną z najbardziej popularnych ulic w Chinach, gdzie jedyną rzeczą jaką się tu robi są zakupy. To także chyba jedyne miejsce w Chinach, gdzie na jednej ulicy można znaleźć około 5 McDonaldów, 6 KFC i niezliczoną liczbę kawiarni. A wydaje się być ta uliczka bardzo mała. Następnie odwiedzamy Świątynie Tajemnic i przemieszczamy się do Pingjiang Lu ( uliczki, kanały coś na styl Tongli). Niestety jesteśmy bardzo zawiedzione, głównie ze względu na duży ruch, niezliczoną liczbę skuterów, które swoimi klaksonami doprowadzają wszystkich do furii. Na szczescie chwile pozniej docieramy do ogrodu o wdzięcznej nazwie Humble Administrator, który znajduje się na liście UNESCO. Co się dziwić 5ha kolos. A w blasku zachodzącego słońca wygląda przepięknie. Potem jeszcze tylko pagoda północna i jesteśmy gotowe, by wrócić do Szanghaju. Chociaż strasznie zmęczone to udajemy się jeszcze raz na Bund, by tym razem w pełni blasku doświadczyć panoramę Szanghaju. Kolację pałaszujemy w „Szanghajskiej Babci” – mmm… Tutaj też ostatni raz spotykamy się z Nirem z Indii. On wraca następnego dnia do Indii, my zaś wracamy do Pekinu. Pożegnania nie są fajne!

Środa obudziła się baaaardzo leniwie. A to ze względu na to, że bez pośpiechu postanowiłyśmy zwiedzić to, czego jeszcze nie zwiedziłyśmy wcześniej :D Dość późne śniadanko zafundowałyśmy sobie w okolicach People’s Square. Potem spacerkiem do dzielnicy francuskiej, która choć tak bardzo rozreklamowana nie jest aż tak wspaniałym miejscem. A szkoda… Przy okazji jednak odnajdujemy Muzeum Partii Komunistycznej w Szanghaju. No my byśmy nie wstąpiły do tego muzeum? My? :D Szkoda, że nie wolno było robić zdjęć. Ale teraz muszę zweryfikować moją wiedzę, z tym co przeczytałam w muzeum z tym co podają inne źródła. Potem powrót do hotelu i z bagażami jedziemy na dowrzec.

Tak oto kończy się nasza podróż do Szanghaju. Była ona zarówno smaczna, jak i pełna przygód. Oby kolejne były równie udane.