Postaram się stopniowo nadrabiać zaległości :-)

środa, 23 listopada 2011

Szanghaj

Shanghai 19 – 23.11.2011

I w końcu podróż do Szanghaju stała się faktem. Wyruszyłyśmy z Camille z kampusu odpowiednio wcześniej, by bez pośpiechu (jak to miało miejsce w przypadku Xian) zdążyć na pociąg. Taksówkę złapałyśmy szybko i bez problemu. Niestety nie przewidziałyśmy tego, że w Pekinie obowiązuje godzina szczytu przez 24h. Wpakowaliśmy się w potężny korek, ale kierowca zmienił trasę i dalej mknęliśmy na południe na stację Pekin Południowy. A tu Ci niespodzianka kolejny korek! Chyba to jakaś kpina. Stoimy sobie w korku… nie ruszamy się nawet o milimetr! Bosko! Mówimy taksówkarzowi, że za 40 min odjeżdża nasz pociąg do Szanghaju. (Warto tu wspomnieć, że pociągi te odjeżdżają przed czasem, a na pewno o czasie! Wszelkie spóźnienie grozi pozostaniem w Pekinie). W końcu coś drgnęło. Kierowca zmieniając pasy ( w stylu pekińskim) przedostał się na czoło peletonu. Gdy już byliśmy w pobliżu stacji naszym oczom ukazał się kolejny korek. Nie ma co czekać mówimy do taksówkarza, a ten skręca w uliczkę „pod prąd”. Dzięki czemu zyskujemy drogocenne sekundy! Na stację docieramy „za 8 min odjazd”. Jeszcze szybka kontrola osobista i biegiem przez stację w poszukiwaniu bramki. Następnie sprintem przez peron, żeby dostać się do odpowiedniego wagonu. Uff… Zdążyłyśmy! Drzwi się zamykają i odjeżdżamy! Odjazd 2 min przed czasem :P A może to mój zegarek spóźnia się o te 2 drogocenne minuty.

Podróż CRH to czysta przyjemność. 5h do Szanghaju. PKP powinny się uczyć od Chińczyków! Podróż 5-h mija bardzo szybko, zwłaszcza gdy trzeba dokończyć prace zaliczeniową.

Przybywamy do Szanghaju na stację Hong Qiao, która obsługuję Pekin-Szanghaj Express Train. W międzyczasie, gdy przemieszczałyśmy się do hotelu, skontaktowałyśmy się z kolegą z MBA, który obecnie przebywał w Szanghaju (jako przystanek przed powrotem do domu). Ustaliliśmy, że zobaczymy panoramę Szanghaju wieczorem razem. Do hotelu dotarłyśmy w niecałą godzinę. Trwałoby to zdecydowanie krócej, gdyby mieszkańcy Szanghaju odróżniali wschód od zachodu. A tak pozwiedzałyśmy sobie East Nanjing Road z walizkami. I co chwilę można było usłyszeć po angielsku: „Torebki, zegarki dla miłej pani”. Najlepszy sposób na pozbycie się natrętnych sprzedawców to głośne i stanowcze: „Bu yao!”. Sam hostel bardzo miły, przytulny, a co najważniejsze z ciepłą wodą i w bliskiej odległości od tzw. „The Bund” (skąd rozpościera się przepiękny widok na wieżowce). Nir dołączył do nas w hostelu i razem wyruszyliśmy na podbój Szanghaju nocą. Jakie było nasze zdziwienie, gdy zamiast oślepiających wieżowców zobaczyliśmy budynki tonące w ciemnościach. Chciałoby się rzec: „No bez jaj!”. Rozczarowani wróciliśmy na East Nanjing Road, gdzie również tutaj powitała nas ciemność! Czy ktoś raczy mi wyjaśnić o co tu chodzi? Wyjaśniło się później :P Po prostu o godz. 22:00 miasto zamiera, tzn. zamiera elektryczność i wszystkie neony są zgaszone. Na poprawę nastroju wybraliśmy się na ciacho :D

Kolejny dzień powitał nas pięknym słoneczkiem. Wcześnie rano udałyśmy się na Bund, żeby za dnia zobaczyć to, czego nie zobaczyliśmy nocą. W sumie wiezowce jak wieżowce – normalka :D Kilka fotek i ruszamy dalej. Skupiłyśmy się tego dnia na tzw. starym mieście. Przepiękne budynki w stylu chińskim, kręte uliczki – to ma klimat. Minus? Turyści, turyści, turyści. Ale nie ma co się dziwić skoro to niedziela. Mnóstwo policjantów, którzy na każdym kroku przypominają: Proszę pilnować swoich rzeczy. Jako, że trochę się nachodziłyśmy i nadeszła pora obiadu to zdecydowałyśmy się na stołówkę z owocami morza. Niestety jedzenie nas nie powaliło wprost przeciwnie do cen. Ale co się dziwić. Następnie odwiedziłyśmy świątynie i zapaliłyśmy ichnie świeczki/kadzidełka jakkolwiek to się po chińsku nazywa. Przesiąknięte dymem złapałyśmy oddech w ogrodach Yuyuan. Cudnownie było przemieszcać się po różnych zakątkach ogrodu znajdując tajemnicze przejścia, wspinać się po skalnych stopniach, czy rozmawiać z 8-letnią dziewczynką. Jednak zwiedzanie daje w kość, dlatego postanowiłyśmy zrobić sobie przerwę kawową. Następnie przemieściłyśmy się na People’s Square typowymi uliczkami Szanghaju. Co za przyjemność uciec od turystycznych atrakcji tego potężnego miasta. Tu też łapiemy motor, żeby zyskać na czasie. Prędkość z jaką się przemieszczałyśmy była niesamowita! Gdy już dotarłyśmy na miejsce zwiedziłyśmy Muzeum Urbanistyki. Naprawdę warte odwiedzenia. Można zobaczyć jak zmieniał się Szanghaj w przeciągu stuleci, a także podziwiać ogromną makietę Szanghaju o różnych porach dnia i nocy. Jako, że umówiłyśmy się na kolację z Cathy (którą notabene poznałam w Xian) to przemieściłyśmy się do nowoczesnej/finansowej dzielnicy Pudong. Tam też zjadłyśmy kolację z widokiem na Bund. Jedzonko średnie ale widok rekompensował wszystko. Jako, że noc była młoda postanowiłyśmy udać się w chmury. A mianowicie zafundowałyśmy sobie drinka na 87 piętrze :D Wow! To się nazywa być w chmurach! Ten widok pozostanie w mej pamięci na zawsze.

Witaj poniedziałku! Kierunek: Suzhou. Udajemy się na stację kolejową i słyszymy: „Mei you!”. Jak to nie ma biletów! Jak to nie ma? W końcu po długiej konwersacji dowiadujemy się, że możemy złapać pociąg za 2h! Gdy słyszy się taką informację o 7 rano i w myślach przetwarza się informacja: mogłam spać o 2h dłużej, to naprawdę trzeba czegoś mocniejszego. KAWA! I tak oczekujemy na pociąg. Na szczeście czas szybko mija i już PRAWIE po chwili siedzimy w szybkim pociągu do Suzhou. 30 minut i już jesteśmy na miejscu. To się nazywa ekspres, nie? Tutaj udajemy się do informacji turystycznej, żeby dowiedzieć się jak najlepiej trafić do Tongli. Niestety w tym przypadku przewodnik Lonely Planet zawiódł. Na szczescie miła Chinka tłumaczy nam co i jak i nawet pisze na kartce chińskie znaczki, żeby dwie dziewczynki bez problemu trafiły tam gdzie chcą. Po drodze jesteśmy zaczepiane przed ludzików, którzy oferują nam różnego rodzaju wycieczki. Gdy po chińsku im odpowiadamy, że wybieramy się w zupełne inne miejsce, są w SZOKU. To wy mówicie po chińsku? Jakim cudem? Ze stacji kolejowej przeszłyśmy na dworzec autobusowy. Opłata 100RMB, w którą wliczony jest przejazd, wejściówka do miasta (tak! Takie buty!) oraz wstępy do muzeów. Jeszcze tylko 1,5h i witaj Tongli. Jeszcze tylko podwózka wózkiem golfowym za złotówkę i naszym oczom ukazuje się „Wenecja Wschodu”! Kanały, kanaliki, piękne ogrody… Nawet ciężko to opisać słowami. To trzeba po prostu zobaczyć. Spędzamy tu cały dzień. Relaksujemy się płynąc płaskodenną łódeczką… W tle słychać spiew ptaków. Cud, miód, a potem obiad nad kanałem. Przepysznosci! Niestety czas nas goni, bilet powrotny do Szanghaju wykupiony, wiec z zalem opuszczamy to miejsce. Podróż powrotna minęła prawie sprawnie. Prawie? Ano nasz autobus miał małą stłuczkę pod posterunkiem policji. To się nazywa wyczucie miejsca i czasu. Halo! Ale my się śpieszymy na pociąg!? Na szczescie po 30 min ruszamy w dalszą drogę. W sumie mało nas interesuje, czy autobus jest sprawny o ile się przemieszcza. Na dworzec kolejowy dotarłyśmy odpowiednio wcześnie, ale zbyt późno by pozwiedzać Suzhou. Szkoda… Ale co się odwlecze, to nie uciecze. W wolnej chwili kupujemy bilety na następny czas, wypijamy gorącą czekoladę i poznajemy chłopaka z Suzhou, który zna kilka słów po polsku: „ Cześć! Jak się masz? Na razie!” to się nazywa smyk do języków obcych. Po powrocie do Szanghaju udajemy się na południowy kraniec, gdzie mamy zarezerwowany stolik w jednej z najlepszych knajpek Szanghaju. Faktycznie! Kaczka w pomarańczach, czy wołowina w sosie winnym to po prostu magia!

Obiecany wtorek. Plan na dzis? Bułka z masłem :P 7:00 do Nanjing, 12:00 do Suzhou, 19:00 do Szanghaju. Pobudka 5:00 :D Jak dobrze, że pociąg do Nanjing jedzie 2 h – zawsze to troche snu! Jak to żle, że pociąg do Nanjing jedzie 2 h – mamy niecałe 3h, żeby zwiedzić to miasto. Ale co tam, damy radę! Nie? Nanjing lezy nad przepięknym jeziorem. Szkoda tylko, że było dość mgliście ale mimo wszystko widok jest nieziemski. Spacerujemy wokół murów miejskich, mijając po drodze ludzi ćwiczących tai chi. Następnie złapałyśmy taksówkę, żeby dostać się na Zijin Mountain, z której rozpościera się piękny widok na całą okolicę. Wykupujemy bilet na kolejkę krzesełkową i gdy już na niej się znalazłyśmy okazało się, że podróż w 1 stronę trwa godzinę. Co? No to będziemy musiały z powortem biec. I w sumie tak też się stało! Problemem było brak jakiejkolwiek taksówki na tym odludziu! Na szczescie dorwałam jedną u podnóża góry i tłumaczę, że w tempie błyskawicznym chcemy dostać się na dworzec. Za 20 min odjezdza nasz pociąg. Dawaj 100km/h na liczniku! Po ok. 15 min pędem wleciałyśmy na dworzec i czym prędzej mknęłyśmy na odpowiedni peron. Kolejny raz się udało. Zdązyłysmy. Przez kolejne 1,5h starałyśmy się złapać oddech. W samym Suzhou zwiedziłyśmy Guanqian Jie – jedną z najbardziej popularnych ulic w Chinach, gdzie jedyną rzeczą jaką się tu robi są zakupy. To także chyba jedyne miejsce w Chinach, gdzie na jednej ulicy można znaleźć około 5 McDonaldów, 6 KFC i niezliczoną liczbę kawiarni. A wydaje się być ta uliczka bardzo mała. Następnie odwiedzamy Świątynie Tajemnic i przemieszczamy się do Pingjiang Lu ( uliczki, kanały coś na styl Tongli). Niestety jesteśmy bardzo zawiedzione, głównie ze względu na duży ruch, niezliczoną liczbę skuterów, które swoimi klaksonami doprowadzają wszystkich do furii. Na szczescie chwile pozniej docieramy do ogrodu o wdzięcznej nazwie Humble Administrator, który znajduje się na liście UNESCO. Co się dziwić 5ha kolos. A w blasku zachodzącego słońca wygląda przepięknie. Potem jeszcze tylko pagoda północna i jesteśmy gotowe, by wrócić do Szanghaju. Chociaż strasznie zmęczone to udajemy się jeszcze raz na Bund, by tym razem w pełni blasku doświadczyć panoramę Szanghaju. Kolację pałaszujemy w „Szanghajskiej Babci” – mmm… Tutaj też ostatni raz spotykamy się z Nirem z Indii. On wraca następnego dnia do Indii, my zaś wracamy do Pekinu. Pożegnania nie są fajne!

Środa obudziła się baaaardzo leniwie. A to ze względu na to, że bez pośpiechu postanowiłyśmy zwiedzić to, czego jeszcze nie zwiedziłyśmy wcześniej :D Dość późne śniadanko zafundowałyśmy sobie w okolicach People’s Square. Potem spacerkiem do dzielnicy francuskiej, która choć tak bardzo rozreklamowana nie jest aż tak wspaniałym miejscem. A szkoda… Przy okazji jednak odnajdujemy Muzeum Partii Komunistycznej w Szanghaju. No my byśmy nie wstąpiły do tego muzeum? My? :D Szkoda, że nie wolno było robić zdjęć. Ale teraz muszę zweryfikować moją wiedzę, z tym co przeczytałam w muzeum z tym co podają inne źródła. Potem powrót do hotelu i z bagażami jedziemy na dowrzec.

Tak oto kończy się nasza podróż do Szanghaju. Była ona zarówno smaczna, jak i pełna przygód. Oby kolejne były równie udane.

środa, 28 września 2011

Wielki wielki mur chiński


Jak to możliwe, że minął już prawie miesiąc mojego pobytu w Chinach, a ja wciąż nie odwiedziłam Wielkiego Muru Chińskiego? Odpowiedź jest bardzo prosta... Ciągły brak czasu :-)

W niedzielę zaplanowaliśmy "malutki" wypad w przeszłość. Razem z Marco, Danny i Elainne wyruszyliśmy o godzinie 5 rano (gdy jeszcze było całkowicie ciemno) na dworzec autobusowy. Jako, że metro zaczyna swoją przygodę dopiero o 5:30, a pierwszy autobus do Huairou odjeżdża o 5:50 to bez zastanowienia złapaliśmy taksówkę. Po 40 min (a wydawałoby się, że w Pekinie wszystko jest bardzo blisko :P) dotarliśmy na miejsce. Jeszcze tylko trzeba znaleźć odpowiedni autobus z magicznym numerkiem 916, ustawienie się w skromnej (20 osób) kolejce i opłata za przejazd. Odnośnie opłaty to ciężko powiedzieć ile dokładnie się płaci. Jeśli jesteś posiadaczem karty transportu miejskiego płacisz mniej, jeśli płacisz gotówką jest to zdecydowanie więcej.
Jako że był to pierwszy przystanek bez problemu znaleźliśmy miejsca siedzące :D Nie będę ukrywać, że kolejne 50 min spędziłam w objęciach Morfeusza... Na szczęście trafiliśmy na autobus ekspresowy, więc podróż trwała tak krótko. Jak tylko wysiedliśmy z autobusu (jako ostatni pasażerowie) to od razu doczepili się do nas kierowcy mini vanów oferując swoje usługi. Uwaga, targujemy się! Stawka wyjściowa 50RMB od osoby... chyba zwariowaliście :P W takim razie należy udać się do konkurencji i zapytać o ich stawkę. Spędzamy tu dobre 30 min zanim po dramatycznych negocjacjach ustalamy 25RMB/osobę.
Wpakowujemy się do samochodziku i ruszamy do Xizhazi 30 minut i będziemy na miejscu :D Tak.... po 45 min pytamy się, czy daleko jeszcze... Po godzinie pytamy się, czy wie dokładnie gdzie chcemy jechać, po 1h30min wszystko nam jedno (bylebyśmy nie opuścili terytorium Chin) po 2h docieramy na miejsce. Powód? Kierowca zgubił drogę, pytał się kilkudziesięciu osób jak trafić w to przeklęte miejsce! Co ciekawe niektórzy Chińczycy odwracali się bez słowa i nie raczyli wspomóc coraz bardziej zdenerwowanego kierowcę. Ale za to w jakich miejscach byliśmy.... Szkoda, że nie dało się zrobić zdjęć! Ogrom gór, jazda serpentynami, Wielki Mur Chiński 500 metrów wyżej! Jeśli dodamy do tego jazdę przez pole kukurydzy (na skróty) i przejazd po zdezelowanym mieście to już mamy niezły komplecik.

końcu docieramy do Xizhazi. Należy uiścić opłatę w wysokości 20RMB ku chwale P.R.China i ruszamy dalej naszym magicznym samochodzikiem. Docieramy na parking ale zaraz zaraz... nie tu chcieliśmy dotrzeć... Kierowco kochany umówiliśmy się, że chcemy dotrzeć o tu... i pokazuję na mapie :P Na szczęście to tylko 5 min drogi. Pominę fakt, że kierowca chciał nas dowieźć pod sam chiński mur. Za tą 2h wycieczkę postanowiliśmy dopłacić po 5yuanów/osobę coby kierowca nie był aż tak stratny :P

No dobrze... plecaki na plecy i ruszamy :D Ale którędy? Ano należy piękną chińszczyzną zapytać o Zhenbei Lou i już wspinamy się pod górę. Mija 30 minut i naszym oczom ukazuje się wielki mur chiński! No po prostu widok nieziemski! Sesja zdjęciowa, ale do góry jeszcze kawał drogi... Po 45 minutach widzimy już wieżę. Przyśpieszenie kontrolowane zapewnione ;) Jeszcze tylko trzeba się wspiąć po drabinie i.... Rany! Co za widok!!!! Dla takiej chwili warto żyć! Chociaż potwornie zmęczona, bo z nieba leje się żar, wciąż powtarzam WOW, WOW, WOW. Zdjęcia trwały chyba z dobre 30 minut i wciąż nie mogliśmy się nacieszyć tym widokiem. Jedynie
Danny przyległ do wieży, jako że ma lęk wysokości. My natomiast wchodziliśmy w najróżniejsze zakamarki ;)
No dobrze... czas na nie goni ale ruszmy w drogę. Mur chiński w regionie Jiankou jest bardzo zniszczony. Czasami trzeba było przejść wąską ścieżką nad urwiskiem, czasami ominąć mur schodząc z niego. Czasami trzeba było zejść po usypanym gruzie to nic! Im bardziej przemieszczaliśmy się w kierunku Mutianyou tym łatwiej się szło. Aczkolwiek mur był porośnięty bujną roślinnością, a liczba turystów jest zwiększała. Chociaż do wyremontowanej części spotkaliśmy tylko 15 turystów, co w porównaniu z Mutianyou, gdzie było ich setki (w tym kobietki w butach na obcasach i sukniach prawie wieczorowych) to nic :-)
Około godziny 14 postanowiliśmy ulokować się na dachu jednej ze zniszczonych wież i spałaszować lunch. W takich warunkach, drożdżówka z nektarynką smakuje naprawdę wspaniale. No dobra leniuchy... wstajemy i wędrujemy dalej, aczkolwiek Słowak i Francuz mówią, że zostało nam jeszcze max. 45 min. Skoro tak... to będziemy robić więcej zdjęć i będziemy wolniej iść :P


Gdy tylko dotarliśmy do pierwszego fragmentu wyremontowanego muru doczepili się do nas sprzedawcy wody (10RMB to totalne zdzierstwo... chyba sprzedawcy zorganizowali się w jakiś kartel) i wszelkiego rodzaju pamiątek z muru ( Koszulki "Byłem na Murze Chińskim", "Certyfikat przejścia muru chińskiego" - notabene ciekawe czy całego, czy tylko fragmentu). Widoki tutaj może nie są aż tak piękne ale wciąż mur robi wrażenie, który ciągnie się po horyzont...
Docieramy do części schodowej... Na oko jest ich z 300...400... Ruszamy.
Po kilku minutach jesteśmy na dole. Nogi nam się trzęsą... Co za dziwne uczucie.
No tak... inni robią postoje, a my prawie zbiegliśmy po nich ;) W takim razie czas na postój ;) Ale bardzo króciutki na małą regeneracje. I dalej, dalej...
Gdy docieramy w pobliże kolejki linowej Danny i Elainne nie kryją szczęścia. Nie no... nie po to się wdrapałam na mur, żeby teraz zjeżdżać kolejką! Marc podziela moje zdanie i dopytujemy się o ścieżkę do podnóża góry. 10 wieża i schodami w dół. SCHODAMI? To takie chińskie... wybudować schody prowadzące na szczyt góry... Z Markiem mijamy kolejne wieże pytając się, czy to jest wieża nr 10. Oczywiście po chińsku. W odpowiedzi słyszymy w j.angielskim "To jest wieża nr. 14 a woda jest po 5RMB" No tak... dzień ma się ku końcowi i trzeba sprzedać wodę, żeby jej nie taszczyć na dół. W końcu znajdujemy schody... Jeszcze tylko 20 min w dół i jesteśmy na dole.

Oficjalnie proszę państwa przeszłam Mur Chiński w części Jiankou, która jest najpiękniejsza!!!
Teraz tylko trzeba znaleźć naszych leniwych (lub aż tak bardzo wyczerpanych) przyjaciół. Kierunek: Kawiarnia. Tam dowiadujemy się, że właśnie piją najwspanialsze piwo na świecie. Pytam się dlaczego? Patrze na to piwo w puszce i myślę sobie nic nadzwyczajnego. Gdy słyszę, że zapłacili za nie 40RMB przyznaję, że musi to być ich najlepsze piwo, jakie kiedykolwiek pili. Gdy słyszę, że zapłacili 60RMB za zjazd kolejką to ręce mi opadają...

No dobrze.. czas powrotu nadszedł. To oznacza, że należy ponownie zacząć negocjacje z taksówkarzami. Cena wyjściowa 30RMB... No sobie chyba żartujecie. Na nasze 10 RMB reagują gniewem. Na co spokojnie odpowiadamy: "Jesteśmy studentami. Nie mamy pieniędzy. Mamy dużo czasu. Możemy negocjować cenę." Po ok.20 min Marc dobija targu. 15RMB. Wsiadamy do czarnego samochodu jak do jakiejś limuzyny. Przez następne 20min modlę się, żebyśmy dotarli cało do Huairou. Wyobraźmy sobie 100km/h na liczniku i jazdę to lewym pasem pod prąd bądź poboczem... W końcu zatrzymaliśmy się. To już drugi przypadek, gdy obawiam się o swoje życie w taksówce... Trzeba to jakoś zwalczyć :P Może wykupię dodatkowe ubezpieczenie?
Potem już tylko powrót autobusem 916 do Pekinu (niestety jesteśmy ostatni w kolejce co oznacza powrót na stopniach schodów - co jest i tak niesamowitą przygodą). Niestety ze względu na korki (no tak... niedziela wieczór) podróż trwa nieco dłużej ale ostatecznie dobijamy do Pekinu. Potem "tylko" godzina w metrze, taksówka ze stacji metra na kampus i pierwsze kroki kierujemy na stołówkę. Wybieramy opcję płacisz 15RMB i jesz i pijesz co chcesz i ile chcesz.
Nic dziwnego, że po kolacji i prysznicu moje nogi zaprowadziły mnie prosto do łóżka.

Dzisiejszy dzień był największą przygodą mojego życia!

wtorek, 13 września 2011

Biurokracja


Dzisiejszy dzień sponsoruje literka B... jak Biurokracja.
A mianowicie dziś musiałam załatwić wszystkie niezbędne rzeczy związane z moją wizą.

Jonas zapoznał się z dwoma Koreankami (w tym z jedną ktora mówi po chińsku), które również musiały zrobić badania lekarskie. Umówiliśmy się więc na godz. 8:00 (Najlepiej załatwiać wszystko w Chinach z rana, bo po południu okienka dla interesantów się zamykają i można tylko i wyłącznie pocałować klamkę). Żeby dostać się do centrum, gdzie wykonują badania trzeba złapać taksówkę.
A więc... do dzieła. Zasada złapania wolnej taksówki? Wystawiasz rękę (tzw. na stopa) i machasz z nadzieją, że:
a) jakaś taksówka się zatrzyma
b) nikt ani nic Ci ręki nie urwie

Złapanie WOLNEJ taksówki jest dość trudne, zwłaszcza w godzinach porannych, kiedy to wszyscy udają się do pracy. Należy jednak wypatrywać taksówki z czerwonym światełkiem (bądź podświetlonym napisem) i wierzyć, że się zatrzyma. Po jakiś 10 min udaje nam się wsiąść do taksówki. Na szczęście jest z nami Koreanka, wiec tłumaczy gdzie chcemy jechać. Oczywiście mimo wszystko taksówkarz chce zobaczyć mapę dojazdu i chiński adres (tzw. krzaczkowaty). Może zainstalowaliby sobie GPS i nie byłoby problemów z adresami? Tylko taka moja mała sugestia ;) Po chwili ruszyliśmy... Jak już wspominałam, taksówkarze są tu totalnie szaleni. Aczkolwiek ten taksówkarz przejdzie do historii! Wyobraźmy sobie skrzyżowanie, godzinę szczytu, samochody pędzące 80 km/h i mojego taksówkarza chcącego skręcić w lewo. Jasne jak słońce, że nie będziemy stać na skrzyżowaniu w nieskończoność. Co robi mój kierowca? Wpycha się na siłę na skrzyżowanie, tamując pierwszy pas, powodując gwałtowne hamowanie wszystkich nadjeżdżających samochodów, następnie w podobny sposób tamuje drugi pas, trzeci pas, czwarty pas...(i tak zrobił tylko i wyłącznie ogromny korek, ale koniec końców przejechaliśmy!) Myślałam, że to będzie mój ostatni dzień! Chyba powinnam sobie wykupić ubezpieczenie na życie!

Po 30min dojechaliśmy pod nowoczesne centrum medyczne. Powitał mnie znak: "Physical examinations for aliens", co w wolnym tłumaczeniu znaczy: "Badania lekarskie dla obcych". Czułam się naprawdę jak przybysz z kosmosu.

Po wejściu do centrum okazało się, że wielu obcokrajowców myśli podobnie i wszyscy przybyli z rana i ustawili się w kolejce. Nie tracąc czasu robimy to samo i łapiemy formularz do wypełnienia: dane osobowe, kilka pytań, czy byłam chora, czy jestem chora, czy bede chora... Wszystko jedno co to były za choroby. Zawsze musisz zaznaczyć odpowiedź: "Nie". Kolejka w slimaczym tempie posuwała się do przodu. Kiedy już szczesliwie dotrzemy do pierwszego stanowiska, należy pokazać wypełniony formularz i jeśli zrobiliśmy wcześniej badania lekarskie to należy je przedstawić i są one dołączane do naszej "teczki". Następnie kolejna Pani kieruje nas do kolejnego stanowiska. Tam przedstawiamy paszport, cykają nam fotkę i otrzymujemy listę badań do wykonania. Dostajemy także kwit, za który musimy zapłacić przy kolejnym stanowisku. Jako, że miałam już wykonane badania krwi, rentgen i EKG, zamiast 400RMB zapłaciłam tylko 80.
Na mojej liście zaznaczone były 2 gabinety lekarskie, które musiałam odwiedzić.
Chwila prawdy! Wchodzę do gabinetu. Każą mi stanąć na wadze... Pominę fakt, że zważono mnie w butach i z moją torebką (która tego dnia ważyła na pewno z 5kg). Następnie zmierzono mnie... pominę fakt, że w butach na obcasie. Mam nadzieję, że ciśnienie zmierzyli mi już odpowiednio, aczkolwiek wydaje mi się, że wpisali do mojej kartoteki cokolwiek bądź. Dziękujemy, następny pacjent. Czas spędzony w gabinecie, poniżej 2 min.
Udajemy się do następnego gabinetu... O! Okulista! No tak, znajdują się tu wszyscy z okularami na nosie ;) Pominę fakt, że Jonas, który nosi soczewki, nie został zaproszony na badanie wzroku. Ale do dzieła... Proszę zakryć jedno oko i powiedzieć, co wskazuję. O ja cię przepraszam... tablica z chińskimi znaczkami! Wytłumacz tu kobiecie (która mówi tylko po chińsku), że widzę ten znaczek, ale jak go mam opisać?! Z pomocą przychodzi mi inny pacjent i mówi, że to znaczki oznaczające prawo, lewo, górę i dół. No tak, ale który jest który... Mając to w nosie, po prostu mówiłam prawo, góra, dół, prawo, lewo... Tzw. wszystko mi było jedno (podobnie jak tej Chince). Następnie w ramach tego samego gabinetu, usiadłam przy kobiecie, która kazała mi najpierw otworzyć buzię, gdy to zrobiłam powiedziała łamaną angielszczyzną, że nie buzię, tylko ucho. UCHO? Jak mam otworzyć ucho? Ostatecznie pokazałam jej lewe ucho, na co usłyszałam, że nie lewe, tylko prawe. I domyśl się człowieku, o co im chodzi? Na szczęście to był ostatni przystanek na mojej liście gabinetów, więc udałam się do stanowiska, gdzie należy zostawić formularz. W między czasie zauważyłam, że liczba obcokrajowców zwiększyła się pięciokrotnie, a kolejka w której na początku stałam prawie wychodzi na zewnątrz. Jeszcze tylko dostanie kwitka, kiedy należy zgłosić się po wyniki i uff.. misja wykonana.
Czekam jeszcze na tych nieszczęśników, którzy musieli wystać we wszystkich kolejkach do wszystkich gabinetów. Nagle prawie, że pod moimi stopami mdleje Australijka, która wyszła właśnie z punktu pobrania krwi. Dookoła mnóstwo lekarzy, a cucić musiałam ją ja... Cała jej rodzina była mi wdzięczna, że uratowałam jej życie. Jakie życie... po prostu kobitka się zestresowała.
Gdy nasza 4 była już całkowicie przebadana, z odpowiednimi kwitkami okazało się, że możemy spokojnie poprosić o przesłanie wyników badań (ja miałam odebrać następnego dnia, Jonas po tygodniu, a Koreanka za 3dni) do naszych akademików. Więc zapłaciłam 30RMB, wypełniłam druczek i pozostało mi tylko oczekiwać na wyniki :-)
Powrót do akademików minął już bez większych urozmaiceń. A kierowca był wyjątkowo zaspany, więc wlekliśmy się jakąś godzinę po bezdrożach.

Po powrocie pierwsza myśl jaka mnie naszła, to oczywiście LUNCH! Jako, że spotkałam Pedra umówiliśmy się na wspólne obiadowanie. Poznałam przy tym jego współlokatora z Malezji. Potrawka z kurczaka była nieziemsko dobra, a gdy dodamy do tego sok z liczi to już w ogóle bajka.

Po południu postanowiłam pozwiedzać trochę kampus. A najlepiej zwiedza go się na rowerze. Takiego ogromu to ja jeszcze nie widziałam. Nie dość, że mamy kilka parków na kampusie, 2 jeziora, rzeczkę, 4 stadiony, niezliczoną ilość boisk do piłki nożnej, koszykówki, kilka kortów tenisowych, pływalnie i basen pod chmurką, kilkanaście restauracji i stołówek, ok. 10 serwisów rowerowych to liczba budynków różnych szkół jest niezliczona. Od mojej Szkoły Ekonomii (SEM - School of Economics and Management), poprzez Szkołę Prawa, Architektury, Inżynierii do Szkoły Ochrony Środowiska. Poniżej kilka fotek z kampusu. Po prostu: cud, miód i orzeszki :-)


























































Jako, że jeszcze rok akademicki się nie zaczął. Postanowiliśmy pójść większą grupą do klubu Propagadna (gdziekolwiek się on znajduje), który jest bardzo popularny wśród zagranicznych studentów. Jako, że ponoć najlepiej jest wziąć taksówkę, to ktoś skombinował chiński adres. Nic więc trudnego!

Razem z Jonasem, Maresą i Danny złapaliśmy w kilkanaście minut taksówkę. Pokazujemy adresik i w ciągu 10 min mamy dotrzeć na miejsce. Gdy mija 20 min... zaczynamy konwersację po chińsku z naszym kierowcą. Z pomocą przychodzi mój słownik polsko-chiński. Staram się powiedzieć, że za długo jedziemy i czy na pewno jedziemy w dobre miejsce. Na co, taksówkarz odpowiada, że tak! Próbuję zatem jeszcze raz... Chcemy pojechać do klubu, gdzie można potańczyć i napić się piwa. Na co taksówkarz odpowiada, że właśnie tam jedziemy... Konsternacja sięga zenitu, gdy taksówkarz mówi, że jesteśmy na miejscu. Faktycznie, mnóstwo klubów, restauracji, ale gdzie jest Propaganda, gdzie są pozostali, gdzie my w ogóle jesteśmy?
Nie ma co się zrażać... wchodzimy do pierwszego lepszego klubu, typowo europejskie ceny nas dobijająi szokują. Postanawiamy więc wrócić w pobliże Wudakou i skontaktować się z osobami z naszej grupy (tak... większość dotarła do Propagandy bez problemów). Ale co to była za wycieczka. Pekin nocą wygląda niesamowicie! Neony, oświetlone wieżowce, fontanny! Bajka! Po godzinie docieramy na miejsce, otrzymuję specjalną kartę do klubu Propaganda i do baru La Bamba. W końcu spotykamy naszą kilkunastoosobową grupę w komplecie!
Powrót zafundowaliśmy sobie na piechotę, bo badz co badz za dużo tych wycieczek taksówką w nieznane jak na jeden dzień.


poniedziałek, 5 września 2011

Tsinghua - pierwsze starcie

Poranek na kampusie przywitał mnie pięknym słońcem i dudniącą muzyką! Jakaś orkiestra wygrywała piosenki, a następnie można było usłyszeć jakieś głośne okrzyki!
Jak się później okazało, właśnie odbywa się jakiś wojskowy tydzień i najprawdopodobniej ćwiczą do parady. O ile miło się tego słucha przez godzinę, to jednak pod koniec dnia wszyscy mieli serdecznie dość i muzyki i śpiewu. Dlatego gdy kolejny dzień rozpoczął się śpiewaniem doszłam do wniosku, że trzeba to jakoś znieść :P

Ale wracajmy do pierwszego dnia (prawdziwie) na kampusie. Na początku rejestracja w Biurze Studentów z Zagranicy. Tam dziki tłum (no tak, Ci co przyjechali w piątek wieczorem, sobotę i niedzielę chcą się zarejestrować - takie małe sprzężenie). Ale Chinki bardzo miłe i mówią po angielsku (ufff). Tam należy wypełnić formularz dotyczący miejsca zamieszkania, osoby kontaktowej w Chinach (ciekawe skąd mam sobie taką osobę wytrzasnąć :P ) i w moim przypadku w Polsce. Do nietypowego pytania można z całą pewnością zaliczyć pytanie i wyznawaną religię. Po wypełnieniu druczku, przemieszczamy się do drugiej pani, pokazujemy paszport, ponownie admission notice, a w zamian dostajemy potwierdzenie i tymczasowy kwitek, który służy za legitymację studencką oraz zawiera hasło do aktywacji konta. Oprócz tego nadawane jest chiński imię ( ja nazywam się "Ky Sia", aczkolwiek pewien Hiszpan nazywa się chyba "Lee" ze względu na to, że Pani nie mogła zrozumieć jak się wymawia Javier) oraz musiałam własnoręcznym podpisem (po chińsku oczywiście) podpisać, że mam ubezpieczenie zdrowotne. Kolejno znowu przemieszczam się do Pani nr.1, by otrzymać powitalny zestaw (informacje jak przetrwać na kampusie, mapa Pekinu itp) oraz kwitek z informacją, że muszę uiścić opłatę rejestracyjną. Udaję się więc 3 pokoje dalej, a tam uzbrojony policjant pilnuje porządku. No tak, w końcu przyszłam do działu finansowego, gdzie obraca się ogromnymi kwotami gotówki. Akurat, gdy płaciłam 400RMB opłaty, obok mnie dziewczyna płaciła czesne w wysokości 40.000 RMB (gotówką ma się rozumieć). I znowu powrót do Pani nr.2. Dostaje informacje na temat badań lekarskich, mapkę kampusu z rzeczami, które należy załatwić i.... to na tyle jeśli chodzi o rejestrację. Pierwsze kroki kieruję (olaboga) do budynku 19 po dostęp do Internetu. Tam zostaję uprzejmie poinformowana, że muszę wejść na stronę internetową, by się zarejestrować, a dopiero później otrzymam dostęp do internetu. I próbuj tu człowieku ich zrozumieć. Powtarzam więc, że nie mogę wejść na stronę internetową, bo nie mam dostępu do internetu i właśnie tu do nich po to przyszłam. W odpowiedzi słyszę konsternację i w efekcie zostaje wysłana do głównego budynku na kampusie... Uppss... niestety czynne jest dopiero po południu. Dopiero jak załatwię tzw. aktywację konta mogę przyjść tu ponownie, by wykupić dostęp do Internetu. Przy okazji poznaję Jonasa (Niemiec), który ma podobny problem jak ja więc postanawiamy udać się razem na bój przeciwko biurokracji :P Ale jeszcze zanim opuścimy jakże już znamienny budynek 19 kierujemy się do innego stanowiska po kartę do prania (taki malutki breloczek). Po zapłaceniu 35RMB mogę zrobić aż 10 prań. Pominę może tu opis pralni i stopnia zaawansowania pralki.
Kolejny przystanek, to karta stołówkowa. Myślicie, że to takie proste? A skąd! Najpierw trzeba tam dodreptać. Co zajmuje jakieś 20min. Do wyrobienia karty niezbędne jest chińskie imię, dlatego jest ono przytwierdzone w moim paszporcie, bym go nigdzie nie zgubiła. Opłata za kartę 10RMB i przechodzimy do kolejnego okienka, by naładować kartę. 100RMB myślę, że będzie OK.
Skoro mam już kartę, to udajemy się na stołówkę, by zjeść lunch. W międzyczasie spotykamy kolejnych zabłąkanych studentów z zagranicy. Wchodzimy na stołówkę. SZOK. No tylu Chińczyków to ja jeszcze nie widziałam. Wolnych miejsc siedzących brak. Ale nie zrażamy się.
Może wspomnę jak wygląda stołówka. Znajduje się tam kilkanaście stanowisk z różnymi potrawami. Jedna oferuje tylko warzywne potrawy, inne tylko z kurczakiem, kolejne z wołowiną, dalej tylko owoce morza, wszystko z makaronem, napoje. Gdzie się człowiek ustawia? No tam, gdzie najwięcej Chińczyków ;) Uzywajac jezyka migowego zaopatrzyłam się w potrawkę z kurczaka w warzywach (nieco pikantne) i oczywiście ryż. Zakup odbywa się błyskawicznie. Sprzedawca wpisuje kod, ty wkładasz kartę, zżera z twojego konta 7RMB (3,5zł), a ty masz jedzenia jak dla wojska :D Następnie bierzesz zielonkawe pałeczki i idziesz poszukiwać wolnego miejsca. Akurat jadłam przy stoliku ze starszym państwem. Strasznie się dziwili, że potrafię jeść pałeczkami... a co w tym trudnego?
Nasycona byłam gotowa stawić czoło biurokracji :D Kolejne 10 minut i jesteśmy przed głównym budynkiem. Już wiem dlaczego się tak nazywa. Największy, najokazalszy i ma największą liczbę schodów do pokonania ;) Jako, że przerwa obiadowa się jeszcze nie skończyła (brakuje 5 min) korzystam z publicznej toalety, która jest mieszanką wybuchową. Łączy w sobie i komunizm i nowoczesność. Brak papieru i toaleta z dziurą w podłodze kontra suszarka elektryczna i kran na fotokomórkę. Z drugiej strony ma to sens. Po prostu Chińczycy nie chcą dotykac brudnej toalety. Aczkolwiek papier toaletowy jest tu zagadką nr.1. Wracajmy jednak do spraw Internetu. Po kilkunastu minutach udaje mi sie zarejestrować w systemie i mogę udać się uiścić opłate za internet. Na szczęście można to załatwić w pokoju obok i nie muszę biec znowu do #19. Ale... dobrze, że coś mnie tknęło. Mam aktywowane konto, zapłaciłam za internet (90RMB za bezlimitowy miesięczny dostęp do Internetu) ale jak mam się do niego dostać? I znowu tłumaczenie na migi o co mi chodzi ;) Uzbrojona w instrukcję obsługi i nazwę sieci (istnieje tu chyba 10 bezprzewodowych sieci zaczynających się od słów Tsinghua) wróciłam do akademika, by w końcu dać znak życia. I dawaj 40 min spaceru :P Potrzebuję roweru! Potrzebuję roweru! Od zaraz!

Przychodzę do akademika, uruchamiam wszystko zgodnie z instrukcją i tu zonk... Błąd. I wyskakuje on w j.chinskim. I domysl się tu człowieku o co im chodzi. Do głównego budynku nie wrócę... nie mam mowy. Decyduje się na starcie z budynkiem 19. Wcale nie zdziwił mnie widok 5 osób, które miały identyczny problem co ja :P Ostatecznie nie wiem co zrobił ten chiński magik komputerowy ale grunt, ze internet mi działa! Nie cieszmy się tak... facebook, youtube, www.DzienDobryAzjo.blogspot.com nie działają :P Tak... można się było tego spodziewać :D Ale, ale... trzeba znaleźć kogoś, kto wie jak rozwiązać ten problem. Kilka zapytań wokół i Danny ma mi przegrać software freegate :)

To nie koniec wycieczki... potrzebuje przecież roweru. Razem z Jonasem, Pedrem (Brazylia) udaliśmy się w poszukiwaniu rowerowni. Chcieliśmy trafić do tzw. strefy zakupowej na terenie kampusu. Po ok. godzinie dotarliśmy tam i z rozczarowaniem stwierdziliśmy, że nie o takie strefie zakupów myśleliśmy. Ale znaleźlismy miejsce, gdzie po długich negocjacjach i przetestowaniu kilku rowerów kupiliśmy nasze rowery. Mój jest niebieski, ma ładny koszyczek z motylkiem i kłódkę. Rower! Jak cudnie jest go mieć :D Droga powrotna zajęła nam jakieś 20 min! No czuć różnicę.

Kolejny przystanek kupno karty SIM. W tym celu podjeżdżamy pod kiosk i staramy się wytłumaczyć sprzedawczyni o co nam chodzi. Na szczęście z pomocą przychodzi Chinka, która tłumaczy wszystko dokładnie. Ostatecznie zakupiłam kartę "niebieską" za 20RMB miesięcznej opłaty z 200 SMS gratis do Mobile China, kupiłam chiński numer (ekstra płatny 50RMB, a były też wersje za 90RMB... wszystko mi jedno, jaki numer mam, ale dla Chińczyków niektóre liczby mają ważne znaczenie i te numery telefonów są droższe). Potem doładowanie telefonu za 30RMB i w końcu czuję, że ten dzień dobiega do końca.

Szczesliwa dotarłam do akademika i umówiłam się z chłopakami na kolację na 19:00. Pedro niestety nie dotrał, więc z Jonasem pojechaliśmy na stołówkę (Na kampusie jest ich chyba z 10, z czego 3 znajdują się w odległości 3min rowerem od akademików). Uwaga, stołówki w przeciwieństwie do restauracji kampusowych dość wcześnie kończą swoje godziny otwarcia, więc trzeba wziąć to pod uwagę. Na kolację wybrałam pierożki z sosem orzeszkowym. No po prostu pyszota do kwadratu! Potem już tylko marzyłam o pójściu spać :D

Około godziny 9:00 okazało się, że organizowana jest impreza integracyjna w akademiku #20. No nie mogło mnie tam zabraknąć :-) Po wejściu smoka, okazało się, że jest tam ok. 30 Niemców (Uniwersytet w Aachen po prostu zrobił oblężenie), Koreańczyk z Kanadyjskim paszportem, Rosjanka i Ja :P Dlaczego aż tylu Niemców, ano akurat Ci Niemcy robią podwójny dyplom z inżynierii przemysłowej. Rok spędzają w Niemczech, a kolejny rok w Chinach i zyskują 2 dyplomy. Ku mojemu zadowoleniu poznałam w końcu pierwszą osobę z MBA. Maresa - oczywiscie z Aachen :D Impreza była wprost udana! Ale nie zapomniałam o dostępie do Facebooka, więc z Dannym ulotniliśmy się wcześniej, by zainstalować mi software. I takim oto sposobem proszę Państwa mam dostęp do wszystkiego! Żadna strona nie jest przede mną cenzurowana!

Potem dość długa telekonferencja przez Skype i do spania... To był ogromnie cięzki dzień ale jestem zachwycona kampusem. Jest on wprost genialny. Bardzo zaluje, ze w Polsce nie mamy takiego systemu. Ale może kiedyś... kto wie?

niedziela, 4 września 2011

中国


I już przybyłam do 中国( Zhōngguó).

A tak przywitał mnie Pekin!



Ale wszystko po kolei... Lot z Korei to istna przyjemność. Jak zwykle wysoka jakość świadczona przez Korean Air. Na lunch był podany kurczak z ryżem i szpinakiem, kuleczki mozzarelli z pomidorem i ciasteczko. Całkiem dobre - jak na samolotowe warunki. Lot bez żadnych turbulencji, więc w spokoju dokończyłam oglądać "Kod Nieśmiertelności" (beznadziejny) i zaczęłam oglądać "Wodę dla Słoni" (patrz poprzednia opinia).

W Pekinie wylądowaliśmy punktualnie. Jeszcze tylko trzeba było przejść przez strefę kwarantanny, strefę bezpieczeństwa i dochodzimy do kontroli paszportowej. Należy ustawić się w kolejce dla "Foreigner", czyli obcokrajowców i grzecznie czekać. Na szczęście szybko wydostałam się z samolotu i byłam jedną z pierwszych osób oczekujących na wejście na teren Chin. Do stanowiska należy podejść z wcześniej wypełnionym formularzem (dane osobowe, miejsce zamieszkania w Chinach itp). Po podejściu do stanowiska oddajemy wszystkie niezbędne dokumenty. Ale procedura jest dość prosta.... skanują twój paszport, wyświetlają się na ekraniku informacje z wizy, należy je sprawdzić, a w tym samym czasie robią Wam fotkę. Taką pamiątkę dla siebie na przyszłość. Następnie, informacja o liczbie wejść na teren Chin zostaje brutalnie przekreślona i tym oto sposobem jestem w Chinach :D I to bez żadnych problemów!

Potem jeszcze bagaż, wymiana pieniędzy, kontrolne pytania strażnika (a po co, na co i z kim...?) i już nie ma odwrotu :D

Wyposażona w chiński adres uniwersytetu ruszyłam w kierunku postoju taksówek. Kolejka dość szybko szła, więc zanim się obejrzałam, moje bagaże zostały załadowane do bagażnika, a ja siedziałam na przednim siedzeniu taksówki. Taksówkarz bardzo uroczy. Prowadziliśmy konwersację całą drogę. A ujmując to bardziej precyzyjnie, on gadał do mnie po chińsku, a ja powtarzałam "hao" (tzn. dobrze). W pewnym momencie taksówkarz zaczął pokazywać na coś palcem... myślałam, że to kampus i mam już wysiadać, ale było widać tam tylko drzewa... Dopiero po chwili ujrzałam stadion olimpijski. Tak więc miałam małą wycieczkę po mieście. Ruch na ulicach niesamowity! Wszędzie pełno samochodów, a taksówkarze prowadzą jak szaleni! Zmieniają pas co chwilę, klaksonu wręcz nadużywają i nie przejmują się nikim na drodze (bo niby w jakim celu). Zauważyłam jednak dość ciekawy system oznaczania korków ulicznych. Po prostu narysowane są najbliższe przecznice z kolorem czerwonym (w przypadku korku) i zielonym (w przypadku doskonałej przepustowości).
Po jakiś 40 min od wyruszenia z lotniska, kierowca z dumą powiedział "Tsinghua" (czyt. czingła). Ale ale... nie takie numery ze mną Bruner. Pokazałam kierowcy jeszcze raz magiczną karteczkę z adresem napisanym w języku chińskim, że chcę dojechać do północno-wschodniej bramy kampusu, a nie do głównej bramy. Nie był z tego zadowolony ale jak płacę to wymagam. I dobrze! Do właściwej bramy jechaliśmy jeszcze dobre 10 min :P
Zapytacie mnie, a ile kosztowała mnie taka przyjemność? Całe 80RMB, co daje nam +/-40zł :P

No dobrze! Kampus. Akademiki! Yeah! Udało się! Dotarłam cała!
Swoje pierwsze kroki miałam skierować do budynku 22, ale zanim się obejrzałam byłam przy 19... no to w tył zwrot :P Ale jest jedno wielkie ALE. Dziś jest niedziela i sory Gregory rejestracja nie czynna (zapraszamy w poniedziałek). W tym wypadku musiałam się udać do budynku 19 (ZNOWU), aby zameldować się w akademiku. Byłoby zdecydowanie lepiej, gdyby mówił tam ktoś po angielsku ale i tak wspólnymi siłami dokonaliśmy niemożliwego. Po wręczeniu "Admission notice" (tzw. informacji o przyjęciu na studia) i uiszczenia opłaty za pół roku z góry, otrzymałam kluczyk do mojego pokoiku :-) Jak możecie się domyślić znajduje się on w budynku (a jakże inaczej) 22 :P Mając do wyboru 4 i 11 piętro, wybrałam to pierwsze... Jakoś nie przepadam za windami na 11 piętrze :P

Pokoik jest uroczy :-) Łózko, szafa, biurko (z szufladami na kłódkę), TV, szafki, zlew, klimatyzacja i co najważniejsza własna łazienka :D Zaczęłam więc wszystko ładnie rozpakowywać i zapisywać na kartce co muszę zakupić ekstra! Zaczęło się od wieszaków (za 10 szt, zapłaciłam 3zł /tanioszka/), a skończyło na papierze toaletowym (gdyż wyznawana jest tu zasada: jak student potrzebuje, to niech sobie student kupi).

Dlatego też skierowałam swoje nóżki do supermarketu (który jest zaraz obok akademików). W supermarkecie jest wręcz wszystko! Od owoców, warzyw i ogólnie jedzenia, przez ubrania, kosmetyki, artykuły papiernicze, ręczniki, kołdry, po lampki nocne, kable i elektronikę. A wszystko to na powierzchni przeciętnego osiedlowego sklepiku.

Jeszcze tylko skromna kolacja składająca się z zupki chińskiej (do rejestracji nie jestem jeszcze pełnoprawnym studentem i nie mogę skorzystać z karty stołówkowej) i do spania :D

Pierwsze odczucia?
- czas się zabrać za naukę chińskiego i to bardzo szybko! (Jeśli wlazłeś między wrony, musisz krakać jak i one... nawet jeśli kraczą po chińsku)
- ruch jest tu ogromny, a smog na stałe wpisał się tu chyba w krajobraz
- bądź, co bądź jest tu brudno (ale może tak ma tu być)
- trzeba się przyzwyczaić i będzie super :D

Ostatni dzień w Korei

I czas najwyższy zakończyć moją kilkudniową podróż po Korei! Wrażenia? Jest to niezwykłe miejsce, które polecam odwiedzić każdemu bez wyjątku.

1. Koniecznie skosztuj koreańskich potraw z grillla.
2. Wjedź na N Seoul Tower, by obejrzeć niesamowity widok. (Polecane zwłaszcza po zmroku)
3. Odwiedź przynajmniej jeden z pałaców!

O godz. 8:15 po bardzo szybkim śniadaniu kontynentalnym, Moon (pracownik hostelu) pomógł mi dotaszczyć moje piękne walizki na przystanek autobusowy na lotnisko. Później jeszcze tylko opłata do skrzynki w autobusie za przejazd w wysokości 10.000 Wonów, władowanie bagaży do luku i 40-min podróż na Incheon Airport się rozpoczyna. Tym razem postanowiłam chłonąć wszystko, co mijaliśmy po drodze. Seul swoją drogą ale okolica jest wprost nieziemska.
Na lotnisku trochę chaosu, ponieważ bardzo dużo lotów odbywa się właśnie z rana. Trochę jestem zawiedziona informacją na lotnisku. Ponieważ lot do Pekinu oznaczony był check-in od A do C, podczas gdy tak naprawdę mogłam nadać bagaż tylko w B i to wybranych numerkach. Poza tym stałam w MEGA gigantycznej kolejce, która chyba nie miała końca :P Ostatecznie po dobrej godzinie sterczenia nadałam bagaż. 23kg i lepiej nie wiedzieć ile na podręcznym ;) Przy czym kilkakrotnie upewniano się, że mam wize do Chin i ze jestem swiadoma faktu, że mam tylko możliwość jednego wjazdu. Potem jeszcze tylko kontrola osobista i po woli zmierzałam w kierunku bramki. Powoli, bo musiałam przejść całe lotnisko :P














Ogółem lotnisko bardzo przyjazne turystom, więc bardzo miło się tam spędza czas. Nawet mają malutką scenę, gdzie śpiewają arie operowe! Gdybyście kiedykolwiek mieli mieć jakąś przesiadkę w Azji to polecam Seul :-) Bo dlaczego by nie!






Tak więc żegnaj Koreo! Naprawdę będę tęsknić! Annyeong! 안녕

sobota, 3 września 2011

Seul oczami turysty



Ostatni dzień zwiedzania, więc należy podsumować koszty życia w Seulu.

Woda: 500 - 1500 WON
Bilet miejski: ok. 1000 WON
Big Mac Index: 3700 WON (daje nam to nam kwotę 10 zł - porównamy w kolejnych krajach)
Wstępy: 3000 WON (statystycznie)
Obiad w restauracji: ok. 30000 WON na 2 osoby

Sobota rozpoczęła się dość nietypowo... mianowicie musiałam się przeprowadzić ;) Na szczęście przeprowadzka odbywała się pomiędzy pokojami. Nie do końca zrozumiałam tą politykę ale widocznie tak miało być. Całe szczęście ja przeprowadzałam się tylko raz, podczas gdy Australijka z mojego pokoju zmieniała pokoje 4 razy podczas swojego 6-dniowego pobytu tam :P

Z Mateuszem umówiłam się na godz. 11:00 przy stacji metra City Hall... niestety nie udało nam się spotkać (pomimo moich usilnych starań wysłania SMSa na polski numer z cudzego telefonu). Ogółem koreański system telefonii komórkowej pozostawia wiele do życzenia... Aby wykonać telefon za granicę potrzebujesz połączyć się przez specjalne centrum. W Korei jest chyba 3 operatorów sieci komórkowej i ok. 4 firmy, które łączą z zagranicą. Jak to wspomniał Saeho później, powoduje to konkurencję i dzięki temu rozmowy zagraniczne są tańsze, bo każda firma oferuje jakieś promocję. Jednak mimo to uważam, że jest to męczące dla użytkownika. Dzwonić pod specjalny numer, żeby połączyć się z innym numerem.
No ale dzięki temu miałam okazje zobaczyć kolejną z rzędu już zmianę warty, ale tym razem przy Pałacu Deoksugung. Zmiana warty była o wiele bardziej kolorowa i o wiele bardziej była przejrzysta, jako że wszystko odbywało się przed bramą pałacu, a nie po obu stronach. Pokrążyłam jeszcze po okolicy, a potem udałam się w kierunku Chungmuro do Namsangol Hanok Village, które leży u podnóża wzgórza na którym znajduje się N Seoul Tower, by zagłębić techniki taekwondo pod okiem mistrza.

A teraz coś o samym Taekwondo (kor. 태권도 ) Jest to tradycyjna sztuka walki i narodowy sport Korei. Pomimo, że pierwotnie wykorzystywano techniki taekwondo do celów militarnych, to obecnie jest to pełnoprawna dyscyplina olimpijska.
Taekwondo oznacza kolejno:
- "tae" : uderzenie stopą,
- "kwon" : uderzenie pięścią,
- "do" : sztuka osiągnięcia stanu intuicji w zachowaniu, która wynika z doświadczenia umysłu i ciała.
Zbierając to wszystko razem taekwondo jest to sztuka walki angażująca całe ciało z użyciem rąk i nóg głównie w celach samoobrony!

Praktycznie rzecz ujmując jest 10 stopni pasów. Od białego, poprzez żółty, zielony, niebieski, czerwony i czarny. Jako, że jestem początkującym zawodnikiem nosiłam pas biały, który oznacza czystość i otwartość na wiedzę. Tzw. czysta karta, na której zaczynają pojawiać się umiejętności.
Mistrz, który był moim przewodnikiem po świecie taekwondo oczywiście nosił czarny pas (tzw. kolor mistrzów). Czarny pas oznacza wysoki poziom wykształcenia i wiedzy w taekwondo, a także osoby z czarnym pasem nie odczuwają strachu!

Na początku miałam lekką rozgrzewkę polegającą na rozciąganiu wszystkich (dosłownie wszystkich) mięśni mojego ciała. Następnie ćwiczyłam odpowiednią pozycję - pozwalającą utrzymać nienaganną równowagę. Potem nauka błyskawicznych ciosów. A na koniec uderzenia nogą. Początkowo jest to bardzo trudne, ponieważ oprócz precyzji wymagana jest także szybkość i stała równowaga. Nawet nie wiem, kiedy lekcja dobiegła końca! Na zakończenie musiałam zdać egzamin, a mianowicie musiałam obronić się przed napastnikiem. Tzw. unik, cios, unik, cios, unik, cios! Wszyscy wyszli bez szwanku :P A na koniec musiałam uderzeniem stopy przewrócić kubek plastikowy, który był na wysokości mojego biodra. Tylko jedna szansa, a jak się nie uda to przykro nam bardzo ale egzamin nie jest zaliczony. Więc włączyłam pełne skupienie, odpowiedni oddech i ciach! Hura! Udało się :-) Mistrz wręczył mi certyfikat wydany przez Kukkiwon (Światową Siedzibę Taekwondo) i podpisany przez jego prezesa. Potem jeszcze zdjęcie z mistrzem, który życzył mi powodzenia i prosił bym kontynuowała zagłębianie technik tej sztuki walki.

Potem zostałam jeszcze na krótkim koncercie i przyglądałam się próbie koreańskiego zespołu. Naprawdę niezwykły taniec!

Następnie jeszcze tylko czas na zakupy i wróciłam do hostelu by spokojnie spakować swoje rzeczy. Trochę mi to zajęło... musiałam przygotować wszystko tak, by w niedzielę od razu z rana wyruszyć na lotnisko.

O 18:00 umówiłam się na kolację pożegnalną z Saeho i jego rodziną. Trochę pobłądziłam z metrze i pojechałam w przeciwnym kierunku ale co się tam przejmować. Apropos metra... w metrze wyświetlane są komunikaty jak należy postepować w przypadku zagrozenia zycia... nie dziwia wiec lezace wszedzie maski gazowe. Ot taki element krajobrazu. Z małym opóźnieniem dotarłam na odpowiednią stację. Następnie z Saeho udaliśmy się do jego mieszkania. No... szliśmy z dobre 20 min - i już wiem dlaczego Saeho woli autobus od metra :P

Mieszkanie Saeha znajduje się na 8 piętrze w typowo koreańskim bloku kilkudziesięciopiętrowym. Jest tam oczywiscie duża kuchnia i jadalnia. Poza tym 2 pokoje i garderoba. Całe mieszkanie podporządkowane jest malcowi. Czyli zabawki, ksiazeczki, a w tle koreanskie piosenki dla dzieci. Won Woo pięknie się bawił samochodzikiem, który mu sprezentowałam :-) Jest po prostu uroczy. Obejrzałam zdjęcia rodzinne, Won Woo nauczył mnie kilka słówek po koreańsku i jestem do przodu o jib (dom) i podo (winogrono). Następnie zasiedlismy do wystawnej kolacji :-) I na stół wjechało..... Co? Spaghetti :P Ot tak, żeby mnie ugościć najlepiej jak tylko potrafią :P Ale swoją drogą było naprawdę pyszne: z brokułami i kurczakiem i przyprawami koreańskimi... mniam mniam mniam :-) Co ciekawe bardzo się zdziwili, że znam manadrynki. Mysleli, że w Polsce takich nie mamy... więc musiałam szerzyć edukację wśród Koreańczyków. Niestety czas leciał i wieczór zbliżał sie ku końcowi. Pożegnaliśmy się więc, podziękowałam chyba z tysiąc razy za gościnę i za pomoc. Następnie zostałam odwieziona do stacji metra i potem prosto do hostelu.

Jeszcze tylko skype i już leżałam w łóżeczku czekając na następny dzień :-)