Postaram się stopniowo nadrabiać zaległości :-)

niedziela, 4 września 2011

中国


I już przybyłam do 中国( Zhōngguó).

A tak przywitał mnie Pekin!



Ale wszystko po kolei... Lot z Korei to istna przyjemność. Jak zwykle wysoka jakość świadczona przez Korean Air. Na lunch był podany kurczak z ryżem i szpinakiem, kuleczki mozzarelli z pomidorem i ciasteczko. Całkiem dobre - jak na samolotowe warunki. Lot bez żadnych turbulencji, więc w spokoju dokończyłam oglądać "Kod Nieśmiertelności" (beznadziejny) i zaczęłam oglądać "Wodę dla Słoni" (patrz poprzednia opinia).

W Pekinie wylądowaliśmy punktualnie. Jeszcze tylko trzeba było przejść przez strefę kwarantanny, strefę bezpieczeństwa i dochodzimy do kontroli paszportowej. Należy ustawić się w kolejce dla "Foreigner", czyli obcokrajowców i grzecznie czekać. Na szczęście szybko wydostałam się z samolotu i byłam jedną z pierwszych osób oczekujących na wejście na teren Chin. Do stanowiska należy podejść z wcześniej wypełnionym formularzem (dane osobowe, miejsce zamieszkania w Chinach itp). Po podejściu do stanowiska oddajemy wszystkie niezbędne dokumenty. Ale procedura jest dość prosta.... skanują twój paszport, wyświetlają się na ekraniku informacje z wizy, należy je sprawdzić, a w tym samym czasie robią Wam fotkę. Taką pamiątkę dla siebie na przyszłość. Następnie, informacja o liczbie wejść na teren Chin zostaje brutalnie przekreślona i tym oto sposobem jestem w Chinach :D I to bez żadnych problemów!

Potem jeszcze bagaż, wymiana pieniędzy, kontrolne pytania strażnika (a po co, na co i z kim...?) i już nie ma odwrotu :D

Wyposażona w chiński adres uniwersytetu ruszyłam w kierunku postoju taksówek. Kolejka dość szybko szła, więc zanim się obejrzałam, moje bagaże zostały załadowane do bagażnika, a ja siedziałam na przednim siedzeniu taksówki. Taksówkarz bardzo uroczy. Prowadziliśmy konwersację całą drogę. A ujmując to bardziej precyzyjnie, on gadał do mnie po chińsku, a ja powtarzałam "hao" (tzn. dobrze). W pewnym momencie taksówkarz zaczął pokazywać na coś palcem... myślałam, że to kampus i mam już wysiadać, ale było widać tam tylko drzewa... Dopiero po chwili ujrzałam stadion olimpijski. Tak więc miałam małą wycieczkę po mieście. Ruch na ulicach niesamowity! Wszędzie pełno samochodów, a taksówkarze prowadzą jak szaleni! Zmieniają pas co chwilę, klaksonu wręcz nadużywają i nie przejmują się nikim na drodze (bo niby w jakim celu). Zauważyłam jednak dość ciekawy system oznaczania korków ulicznych. Po prostu narysowane są najbliższe przecznice z kolorem czerwonym (w przypadku korku) i zielonym (w przypadku doskonałej przepustowości).
Po jakiś 40 min od wyruszenia z lotniska, kierowca z dumą powiedział "Tsinghua" (czyt. czingła). Ale ale... nie takie numery ze mną Bruner. Pokazałam kierowcy jeszcze raz magiczną karteczkę z adresem napisanym w języku chińskim, że chcę dojechać do północno-wschodniej bramy kampusu, a nie do głównej bramy. Nie był z tego zadowolony ale jak płacę to wymagam. I dobrze! Do właściwej bramy jechaliśmy jeszcze dobre 10 min :P
Zapytacie mnie, a ile kosztowała mnie taka przyjemność? Całe 80RMB, co daje nam +/-40zł :P

No dobrze! Kampus. Akademiki! Yeah! Udało się! Dotarłam cała!
Swoje pierwsze kroki miałam skierować do budynku 22, ale zanim się obejrzałam byłam przy 19... no to w tył zwrot :P Ale jest jedno wielkie ALE. Dziś jest niedziela i sory Gregory rejestracja nie czynna (zapraszamy w poniedziałek). W tym wypadku musiałam się udać do budynku 19 (ZNOWU), aby zameldować się w akademiku. Byłoby zdecydowanie lepiej, gdyby mówił tam ktoś po angielsku ale i tak wspólnymi siłami dokonaliśmy niemożliwego. Po wręczeniu "Admission notice" (tzw. informacji o przyjęciu na studia) i uiszczenia opłaty za pół roku z góry, otrzymałam kluczyk do mojego pokoiku :-) Jak możecie się domyślić znajduje się on w budynku (a jakże inaczej) 22 :P Mając do wyboru 4 i 11 piętro, wybrałam to pierwsze... Jakoś nie przepadam za windami na 11 piętrze :P

Pokoik jest uroczy :-) Łózko, szafa, biurko (z szufladami na kłódkę), TV, szafki, zlew, klimatyzacja i co najważniejsza własna łazienka :D Zaczęłam więc wszystko ładnie rozpakowywać i zapisywać na kartce co muszę zakupić ekstra! Zaczęło się od wieszaków (za 10 szt, zapłaciłam 3zł /tanioszka/), a skończyło na papierze toaletowym (gdyż wyznawana jest tu zasada: jak student potrzebuje, to niech sobie student kupi).

Dlatego też skierowałam swoje nóżki do supermarketu (który jest zaraz obok akademików). W supermarkecie jest wręcz wszystko! Od owoców, warzyw i ogólnie jedzenia, przez ubrania, kosmetyki, artykuły papiernicze, ręczniki, kołdry, po lampki nocne, kable i elektronikę. A wszystko to na powierzchni przeciętnego osiedlowego sklepiku.

Jeszcze tylko skromna kolacja składająca się z zupki chińskiej (do rejestracji nie jestem jeszcze pełnoprawnym studentem i nie mogę skorzystać z karty stołówkowej) i do spania :D

Pierwsze odczucia?
- czas się zabrać za naukę chińskiego i to bardzo szybko! (Jeśli wlazłeś między wrony, musisz krakać jak i one... nawet jeśli kraczą po chińsku)
- ruch jest tu ogromny, a smog na stałe wpisał się tu chyba w krajobraz
- bądź, co bądź jest tu brudno (ale może tak ma tu być)
- trzeba się przyzwyczaić i będzie super :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz