Jak to możliwe, że minął już prawie miesiąc mojego pobytu w Chinach, a ja wciąż nie odwiedziłam Wielkiego Muru Chińskiego? Odpowiedź jest bardzo prosta... Ciągły brak czasu :-)
W niedzielę zaplanowaliśmy "malutki" wypad w przeszłość. Razem z Marco, Danny i Elainne wyruszyliśmy o godzinie 5 rano (gdy jeszcze było całkowicie ciemno) na dworzec autobusowy. Jako, że metro zaczyna swoją przygodę dopiero o 5:30, a pierwszy autobus do Huairou odjeżdża o 5:50 to bez zastanowienia złapaliśmy taksówkę. Po 40 min (a wydawałoby się, że w Pekinie wszystko jest bardzo blisko :P) dotarliśmy na miejsce. Jeszcze tylko trzeba znaleźć odpowiedni autobus z magicznym numerkiem 916, ustawienie się w skromnej (20 osób) kolejce i opłata za przejazd. Odnośnie opłaty to ciężko powiedzieć ile dokładnie się płaci. Jeśli jesteś posiadaczem karty transportu miejskiego płacisz mniej, jeśli płacisz gotówką jest to zdecydowanie więcej.
Jako że był to pierwszy przystanek bez problemu znaleźliśmy miejsca siedzące :D Nie będę ukrywać, że kolejne 50 min spędziłam w objęciach Morfeusza... Na szczęście trafiliśmy na autobus ekspresowy, więc podróż trwała tak krótko. Jak tylko wysiedliśmy z autobusu (jako ostatni pasażerowie) to od razu doczepili się do nas kierowcy mini vanów oferując swoje usługi. Uwaga, targujemy się! Stawka wyjściowa 50RMB od osoby... chyba zwariowaliście :P W takim razie należy udać się do konkurencji i zapytać o ich stawkę. Spędzamy tu dobre 30 min zanim po dramatycznych negocjacjach ustalamy 25RMB/osobę.
Wpakowujemy się do samochodziku i ruszamy do Xizhazi 30 minut i będziemy na miejscu :D Tak.... po 45 min pytamy się, czy daleko jeszcze... Po godzinie pytamy się, czy wie dokładnie gdzie chcemy jechać, po 1h30min wszystko nam jedno (bylebyśmy nie opuścili terytorium Chin) po 2h docieramy na miejsce. Powód? Kierowca zgubił drogę, pytał się kilkudziesięciu osób jak trafić w to przeklęte miejsce! Co ciekawe niektórzy Chińczycy odwracali się bez słowa i nie raczyli wspomóc coraz bardziej zdenerwowanego kierowcę. Ale za to w jakich miejscach byliśmy.... Szkoda, że nie dało się zrobić zdjęć! Ogrom gór, jazda serpentynami, Wielki Mur Chiński 500 metrów wyżej! Jeśli dodamy do tego jazdę przez pole kukurydzy (na skróty) i przejazd po zdezelowanym mieście to już mamy niezły komplecik.
końcu docieramy do Xizhazi. Należy uiścić opłatę w wysokości 20RMB ku chwale P.R.China i ruszamy dalej naszym magicznym samochodzikiem. Docieramy na parking ale zaraz zaraz... nie tu chcieliśmy dotrzeć... Kierowco kochany umówiliśmy się, że chcemy dotrzeć o tu... i pokazuję na mapie :P Na szczęście to tylko 5 min drogi. Pominę fakt, że kierowca chciał nas dowieźć pod sam chiński mur. Za tą 2h wycieczkę postanowiliśmy dopłacić po 5yuanów/osobę coby kierowca nie był aż tak stratny :P
No dobrze... plecaki na plecy i ruszamy :D Ale którędy? Ano należy piękną chińszczyzną zapytać o Zhenbei Lou i już wspinamy się pod górę. Mija 30 minut i naszym oczom ukazuje się wielki mur chiński! No po prostu widok nieziemski! Sesja zdjęciowa, ale do góry jeszcze kawał drogi... Po 45 minutach widzimy już wieżę. Przyśpieszenie kontrolowane zapewnione ;) Jeszcze tylko trzeba się wspiąć po drabinie i.... Rany! Co za widok!!!! Dla takiej chwili warto żyć! Chociaż potwornie zmęczona, bo z nieba leje się żar, wciąż powtarzam WOW, WOW, WOW. Zdjęcia trwały chyba z dobre 30 minut i wciąż nie mogliśmy się nacieszyć tym widokiem. Jedynie
Danny przyległ do wieży, jako że ma lęk wysokości. My natomiast wchodziliśmy w najróżniejsze zakamarki ;)
No dobrze... czas na nie goni ale ruszmy w drogę. Mur chiński w regionie Jiankou jest bardzo zniszczony. Czasami trzeba było przejść wąską ścieżką nad urwiskiem, czasami ominąć mur schodząc z niego. Czasami trzeba było zejść po usypanym gruzie to nic! Im bardziej przemieszczaliśmy się w kierunku Mutianyou tym łatwiej się szło. Aczkolwiek mur był porośnięty bujną roślinnością, a liczba turystów jest zwiększała. Chociaż do wyremontowanej części spotkaliśmy tylko 15 turystów, co w porównaniu z Mutianyou, gdzie było ich setki (w tym kobietki w butach na obcasach i sukniach prawie wieczorowych) to nic :-)
Około godziny 14 postanowiliśmy ulokować się na dachu jednej ze zniszczonych wież i spałaszować lunch. W takich warunkach, drożdżówka z nektarynką smakuje naprawdę wspaniale. No dobra leniuchy... wstajemy i wędrujemy dalej, aczkolwiek Słowak i Francuz mówią, że zostało nam jeszcze max. 45 min. Skoro tak... to będziemy robić więcej zdjęć i będziemy wolniej iść :P
Gdy tylko dotarliśmy do pierwszego fragmentu wyremontowanego muru doczepili się do nas sprzedawcy wody (10RMB to totalne zdzierstwo... chyba sprzedawcy zorganizowali się w jakiś kartel) i wszelkiego rodzaju pamiątek z muru ( Koszulki "Byłem na Murze Chińskim", "Certyfikat przejścia muru chińskiego" - notabene ciekawe czy całego, czy tylko fragmentu). Widoki tutaj może nie są aż tak piękne ale wciąż mur robi wrażenie, który ciągnie się po horyzont...
Docieramy do części schodowej... Na oko jest ich z 300...400... Ruszamy.
Po kilku minutach jesteśmy na dole. Nogi nam się trzęsą... Co za dziwne uczucie.
No tak... inni robią postoje, a my prawie zbiegliśmy po nich ;) W takim razie czas na postój ;) Ale bardzo króciutki na małą regeneracje. I dalej, dalej...
Gdy docieramy w pobliże kolejki linowej Danny i Elainne nie kryją szczęścia. Nie no... nie po to się wdrapałam na mur, żeby teraz zjeżdżać kolejką! Marc podziela moje zdanie i dopytujemy się o ścieżkę do podnóża góry. 10 wieża i schodami w dół. SCHODAMI? To takie chińskie... wybudować schody prowadzące na szczyt góry... Z Markiem mijamy kolejne wieże pytając się, czy to jest wieża nr 10. Oczywiście po chińsku. W odpowiedzi słyszymy w j.angielskim "To jest wieża nr. 14 a woda jest po 5RMB" No tak... dzień ma się ku końcowi i trzeba sprzedać wodę, żeby jej nie taszczyć na dół. W końcu znajdujemy schody... Jeszcze tylko 20 min w dół i jesteśmy na dole.
Oficjalnie proszę państwa przeszłam Mur Chiński w części Jiankou, która jest najpiękniejsza!!!
Teraz tylko trzeba znaleźć naszych leniwych (lub aż tak bardzo wyczerpanych) przyjaciół. Kierunek: Kawiarnia. Tam dowiadujemy się, że właśnie piją najwspanialsze piwo na świecie. Pytam się dlaczego? Patrze na to piwo w puszce i myślę sobie nic nadzwyczajnego. Gdy słyszę, że zapłacili za nie 40RMB przyznaję, że musi to być ich najlepsze piwo, jakie kiedykolwiek pili. Gdy słyszę, że zapłacili 60RMB za zjazd kolejką to ręce mi opadają...
No dobrze.. czas powrotu nadszedł. To oznacza, że należy ponownie zacząć negocjacje z taksówkarzami. Cena wyjściowa 30RMB... No sobie chyba żartujecie. Na nasze 10 RMB reagują gniewem. Na co spokojnie odpowiadamy: "Jesteśmy studentami. Nie mamy pieniędzy. Mamy dużo czasu. Możemy negocjować cenę." Po ok.20 min Marc dobija targu. 15RMB. Wsiadamy do czarnego samochodu jak do jakiejś limuzyny. Przez następne 20min modlę się, żebyśmy dotarli cało do Huairou. Wyobraźmy sobie 100km/h na liczniku i jazdę to lewym pasem pod prąd bądź poboczem... W końcu zatrzymaliśmy się. To już drugi przypadek, gdy obawiam się o swoje życie w taksówce... Trzeba to jakoś zwalczyć :P Może wykupię dodatkowe ubezpieczenie?
Potem już tylko powrót autobusem 916 do Pekinu (niestety jesteśmy ostatni w kolejce co oznacza powrót na stopniach schodów - co jest i tak niesamowitą przygodą). Niestety ze względu na korki (no tak... niedziela wieczór) podróż trwa nieco dłużej ale ostatecznie dobijamy do Pekinu. Potem "tylko" godzina w metrze, taksówka ze stacji metra na kampus i pierwsze kroki kierujemy na stołówkę. Wybieramy opcję płacisz 15RMB i jesz i pijesz co chcesz i ile chcesz.
Nic dziwnego, że po kolacji i prysznicu moje nogi zaprowadziły mnie prosto do łóżka.
Dzisiejszy dzień był największą przygodą mojego życia!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz