Postaram się stopniowo nadrabiać zaległości :-)

piątek, 2 września 2011

Suwon


Dzisiejszy dzień zaczął się od nie lada wyzwania. Od wczesnego wstania do dotarcia na umówiony z Saeho punkt spotkania. Trochę zajęło mi kluczenie po stacji metra zanim znalazłam wyjście numer 3 - było to jedyne wyjście, które nie miało przypisanego żadnego numerka :P

To właśnie dziś poznałam jego żonę i 3-letniego synka Won Woo, z którym miałam tyle wspólnego, że oboje znaliśmy tylko kilka słów po koreańsku. Po przywitaniu ( typowo w stylu azjatyckim) wsiedliśmy do samochodu i wyruszyliśmy do Suwon (miasta rodzinnego żony Saeha).

Tym razem poznawałam Koreę poprzez ruch uliczny. Przy wjeździe na każdy parking znajduje się osoba witająca kierowcę i pasażera ukłonem głowy i zaprasza do zaparkowania. Następnie kolejna osoba, specjalnie do tego wyszkolona wskazuje Ci odpowiednie miejsce, w taki sposób, byś później mógł wyjechać przodem. Nawet jeśli, takie miejsce nie jest dostępne, to pomoże Ci wjechać tyłem na miejsce parkingowe. Faktycznie, wszystkie samochody były gotowe do wyjazdu. Nie tak, jak ma to miejsce w Polsce. Ale wracajmy na drogi.... Można tam zobaczyć tylko 3 rodzaje samochodów: Hyundai, Kia i Samsung. Tymi ostatnimi byłam strasznie zdziwiona! Czyżby wymagały one ładowania? Nie, po prostu firmy koreańskie rozpoczęły ekspansję innych obszarów biznesowych. Bez problemu znajdziecie osiedle Samsunga, czy sklep towarowy Hyundai.
Same drogi są masakrycznie zakorkowane i poruszasz się z prędkością 20km/h... Ale grunt, że do przodu. Koreańczycy mają to do siebie, że jeżdżą byle jak i szybko. Po 5 minutach nie dziwiło mnie wcale wymuszanie pierwszeństwa, gwałtowne hamowanie... Żebym tylko tych nawyków nie przeniosła do Polski :P
Koreańczyk nie posługuje się znakami, zamieszczonymi nad skrzyżowaniami. Koreańczyk korzysta tylko i wyłącznie z GPS. Praktycznie bez niego gubi się w swojej dzielnicy. Nie wiem, czy o tym już wspominałam, ale coś takiego jak adres praktycznie nie występuje. Ulice nie są oznakowane, a numeracja domów jest uzależniona od daty powstania budynku. Więc przykładowo, gdy znajdziecie się już na odpowiedniej ulicy może się okazać, że budynek o numerze 34 znajduje się pomiędzy 97 i 375. Dlatego też, należy się orientować w jakiej dzielnicy szukamy adresu, koło jakich budynków (np. Instytut Wall Street) i ewentualnie mieć mapę z dojazdem, a już koniecznie telefon do miejsca w które się udajemy.
Co więcej, dość ciekawe są światła. Ułożone poziomo, znajdujące się ZA skrzyżowaniem na jakie chcesz wjechać. Nie do końca rozgryzłam ich system i zdecydowanie doprowadziłabym tu do kilku, a nawet kilkunastu wypadków.
Jeśli chodzi o jakość dróg: autostrady bez zastrzeżeń, ulice w mieście krzywe, ale bez dziur!
Chłopcy radarowcy oczywiście wszedobylscy, a radary (oznaczone w GPS) powodują gwałtowne hamowanie i małe zatory.

Niestety znużona koreańskimi piosenkami dla dzieci i świecącym mi prosto w oczy słońcem zasnęłam. Obudziłam się już w Suwon, więc ciężko mi powiedzieć, czy istnieje jakaś realna granica pomiędzy Seulem, a Suwon.

Pierwszym punktem wycieczki była koreańska wioska z epoki, coś na styl polskich skansenów. Najciekawsze z tego wszystkiego była tradycyjna, koreańska ceremonia zaślubin. Jest to dość niezwykły sposób zaślubin, bo państwo młodzi stoją na przeciwko siebie i nie mają żadnego kontaktu ze sobą (oprócz wzrokowego - ale to też nie zawsze, bo panna młoda trzyma głowę schyloną ku ziemi). Cały rytuał opierał się dla mnie na oddawaniu szacunku drugiemu współmałżonkowi i dzieleniem z nim wszystkim to co się ma. Następnie pochód z parą młodą (Pan młody na koniu, pani młoda w lektyce) przechodzi na ucztę weselną w akompaniamencie orkiestry.





Rozmawiałam także z SaeHo na temat jego ślubu. Mianowicie odbywa się to w specjalnych pomieszczeniach przygotowanych dla zawarcia związku małżeńskiego (sala weselna przeznaczona jest dla 500 gości). Sama ceremonia trwa nie więcej niż 30 min. Uwaga! Koreańczycy nie noszą obrączek! I nie byli mi w stanie wytłumaczyć skąd wiadomo, czy ktoś jest żonaty/zamężny. Następnie podczas max. 2h wesela, a raczej obiadu państwo młodzi podchodzą do wszystkich i im dziękują za przybycie. Tutaj występują w wypożyczonych białej sukni ślubnej i smokingu. Dopiero później następuje obrządek tradycyjny w gronie najbliższej rodziny ( a dokładniej pomiędzy małżonkami i rodzicami). Wówczas to przebierają się wszyscy w tradycyjne stroje koreańskie. Ten rytuał trwa max. 15 min. Skoro już o ślubie mowa, to warto wspomnieć także o zaręczynach. A żeby być bardziej precyzyjnym o pierścionku zaręczynowym. Nic takiego nie funkcjonuje. Co więcej nie funkcjonuje tu coś takiego jak wieczór kawalerski, czy panieński.

Tyle tu już opisałam, ze prawie zgłodniałam...
W rzeczywistości też tak było. Udaliśmy się więc do części gastronomicznej skansenu, gdzie można było skosztować ( a jakże) tradycyjnych koreańskich potraw. Wybrałam nie pikantną zupę z makaronem na zimno z zielonym ogórkiem. Taki chłodnik. No po prostu palce lizać.
Mały Lee zajadał się plackiem ziemniaczanym w wersji koreańskiej i ryżem z mięsem.



Następnie przechadzaliśmy się po tradycyjnej koreańskiej zabudowie, wycieczki szkolne podziwiały świnki, kurki, uprawę papryki chili... Co się dziwić?! W Seulu to jedynie można rybę w akwarium zobaczyć, by następnie ją skonsumować! Małemu Won najbardziej podobał się mal, czyli koń! Koniecznie musiał się na nim przejechać, więc płakałam ze śmiechu, gdy SaeHo z synem usiedli na karuzeli z konikami :D
Z ciekawostek, których dowiedziałam się w skansenie: kiedy rodzi się syn, wywiesza się wówczas taki sznur z nawleczoną papryką chili i kawałkami metalu. Kobieta, która ukradnie go, w przyszłości również będzie mieć syna. Jako, że żona SaeHo chce mieć córkę (jest w 3 miesiącu ciąży) nie pofatygowała się po sznureczek.

Następnie udaliśmy się do mieszkania rodziców Kim, by zostawić małego Wona pod opieką babci. Mieszkanie składa się z 3 pokojów, ogromnego pokoju (skromnie urządzonego) oraz ogromnej kuchni. Zostałam poczęstowana owocami, których totalnie nie znam i smaku nie kojarzę. Jako, że wpadliśmy tak na dosłownie 5 min - nie dane mi było więcej zaobserwować.
Mieszkania... tak... 20, 30-piętrowe kolosy, stojące w niewielkiej odległości od siebie, ze studnią po środku, gdzie znajduje się zazwyczaj plac zabaw. Mimo wszystko jest to tak skonstruowane, by słońce zakradało się o każdej porze dnia do studni.


Kolejnym punktem wycieczki był pałac Hwaseong Haenggung, który teoretycznie rzecz ujmując niczym się nie różnił od pałaców w Seulu. Ale akurat trafiliśmy na taki dzień, w którym kręcony był popularny w Korei serial telewizyjny o wojowniku. Udało mi się zrobić zdjęcie, jakiemuś wybitnemu aktorowi, ale ciężko mi powiedzieć kim on jest i czym się wsławił. Oprócz tego, że ponoć jest przystojny :P





Potem wspięliśmy się po ok. 300 schodkach na wzgórze, by dosiąść smoka. Prawdziwego, nielatającego, ale jeżdżącego. To był świetny pomysł! Suwon jest niezwykle zielonym miastem, pełnym kwiatów. Także ludzie żyją innym tempem. Wszędzie publiczne przyrządy do gimnastyki, grupki (zazwyczaj starszych) ludzi grających albo w koreańskie szachy, albo w inne gry zespołowe. Nasz smok sunął wzdłuż dawnych murów miasta. Naprawdę robi wrażenie. Potem mały postój przy zawodach strzeleckich z łuku i droga powrotna w smoczym wehikule.







Jako, że zbliżała się godzina wieczorna udaliśmy się na kolację do koreańskiej restauracji z tradycyjnym jedzeniem. Powiem tylko tyle: PYCHA!!!! Takiej różnorodności smaków w Polsce nie mamy! Na przystawkę słodki ziemniak i gotowana kukurydza.

Kapusta pekińska w specjalnej zalewie, mus z dyni i bliżej nie określona patyczkowata roślina. Do picie herbata o smaku migdałów... chyba migdałów. Jedynie takie skojarzenie miałam.
Zamówiliśmy mięso i warzywa, a następnie kelner przygrzewał przy nas i je rumienił. Pominę fakt, że mięso było ulepione w kształcie serduszek ;) Bardzo ważne jest, aby wypieczone mięso zamoczyć w sosie, które dopiero dodaje smaku! Po prostu, gdy o tym piszę aż ślinka mi cieknie :P Kolejnym punktem było przyrumienienie mięsa i kiełków bodajże fasoli. Kolejne niebo w gębie. Na uwagę zasługuje system przywoływania kelnera. A mianowicie naciska się na przycisk znajdujący się na brzegu stołu. Rekomenduję zaimplementowanie tego pomysłu w polskich warunkach, bo kto nie czekał na kelnera, który akurat zniknął?

Nie mogłam odmówić także deseru, na który przemieściliśmy się kilka metrów dalej. Popularne ciastko ryżowe. Akurat wybrałam smak gruszki, a dostałam do spróbowania jeszcze pistacje. Jest to dość gąbczaste ciasto z odpowiednim nadzieniem. Trochę klei się w ustach, ale Ci którzy uwielbiają żelki będą zachwyceni. Do tego dostałam Shikhye, czyli bardzo słodki napój ryżowy.
Dość specyficzny smak - nawet dobre, aczkolwiek stanowczo za słodkie dla mnie.

Jako, że miałam wracać sama do Seulu metrem (tak... Suwon jest połączony z Seulem metrem!) postanowiliśmy się zbierać. Bez problemu zakupiłam bilet (już nie za 1500, ale za 2200 wonów) i czekała mnie godzinna przeprawa do hostelu. Wyobraźcie sobie moją konsternację, gdy pewien leciwy (80-letni) pan zaczyna mi się przyglądać i mówi coś do mnie po koreańsku. Przyzwyczaiłam się do spoglądania na mnie z zaciekawieniem, ale na zagadywanie niestety nie. Mimo wszystko pan nie dawał za wygraną, więc odpowiedziałam mu w j.angielskim, że nie rozumiem. Teraz wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy płynną angielszczyzną zadał mi pytanie skąd pochodzę i co robię w Seulu! To był szok. A jednak życie potrafi zaskoczyć.

Jako, że u mnie już 1 w nocy, kończę opis i zmykam do spania :-)
A zdjęcia i jakiś filmik umieszczę jak się wyśpię :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz