Poranek na kampusie przywitał mnie pięknym słońcem i dudniącą muzyką! Jakaś orkiestra wygrywała piosenki, a następnie można było usłyszeć jakieś głośne okrzyki!
Jak się później okazało, właśnie odbywa się jakiś wojskowy tydzień i najprawdopodobniej ćwiczą do parady. O ile miło się tego słucha przez godzinę, to jednak pod koniec dnia wszyscy mieli serdecznie dość i muzyki i śpiewu. Dlatego gdy kolejny dzień rozpoczął się śpiewaniem doszłam do wniosku, że trzeba to jakoś znieść :P
Ale wracajmy do pierwszego dnia (prawdziwie) na kampusie. Na początku rejestracja w Biurze Studentów z Zagranicy. Tam dziki tłum (no tak, Ci co przyjechali w piątek wieczorem, sobotę i niedzielę chcą się zarejestrować - takie małe sprzężenie). Ale Chinki bardzo miłe i mówią po angielsku (ufff). Tam należy wypełnić formularz dotyczący miejsca zamieszkania, osoby kontaktowej w Chinach (ciekawe skąd mam sobie taką osobę wytrzasnąć :P ) i w moim przypadku w Polsce. Do nietypowego pytania można z całą pewnością zaliczyć pytanie i wyznawaną religię. Po wypełnieniu druczku, przemieszczamy się do drugiej pani, pokazujemy paszport, ponownie admission notice, a w zamian dostajemy potwierdzenie i tymczasowy kwitek, który służy za legitymację studencką oraz zawiera hasło do aktywacji konta. Oprócz tego nadawane jest chiński imię ( ja nazywam się "Ky Sia", aczkolwiek pewien Hiszpan nazywa się chyba "Lee" ze względu na to, że Pani nie mogła zrozumieć jak się wymawia Javier) oraz musiałam własnoręcznym podpisem (po chińsku oczywiście) podpisać, że mam ubezpieczenie zdrowotne. Kolejno znowu przemieszczam się do Pani nr.1, by otrzymać powitalny zestaw (informacje jak przetrwać na kampusie, mapa Pekinu itp) oraz kwitek z informacją, że muszę uiścić opłatę rejestracyjną. Udaję się więc 3 pokoje dalej, a tam uzbrojony policjant pilnuje porządku. No tak, w końcu przyszłam do działu finansowego, gdzie obraca się ogromnymi kwotami gotówki. Akurat, gdy płaciłam 400RMB opłaty, obok mnie dziewczyna płaciła czesne w wysokości 40.000 RMB (gotówką ma się rozumieć). I znowu powrót do Pani nr.2. Dostaje informacje na temat badań lekarskich, mapkę kampusu z rzeczami, które należy załatwić i.... to na tyle jeśli chodzi o rejestrację. Pierwsze kroki kieruję (olaboga) do budynku 19 po dostęp do Internetu. Tam zostaję uprzejmie poinformowana, że muszę wejść na stronę internetową, by się zarejestrować, a dopiero później otrzymam dostęp do internetu. I próbuj tu człowieku ich zrozumieć. Powtarzam więc, że nie mogę wejść na stronę internetową, bo nie mam dostępu do internetu i właśnie tu do nich po to przyszłam. W odpowiedzi słyszę konsternację i w efekcie zostaje wysłana do głównego budynku na kampusie... Uppss... niestety czynne jest dopiero po południu. Dopiero jak załatwię tzw. aktywację konta mogę przyjść tu ponownie, by wykupić dostęp do Internetu. Przy okazji poznaję Jonasa (Niemiec), który ma podobny problem jak ja więc postanawiamy udać się razem na bój przeciwko biurokracji :P Ale jeszcze zanim opuścimy jakże już znamienny budynek 19 kierujemy się do innego stanowiska po kartę do prania (taki malutki breloczek). Po zapłaceniu 35RMB mogę zrobić aż 10 prań. Pominę może tu opis pralni i stopnia zaawansowania pralki.
Kolejny przystanek, to karta stołówkowa. Myślicie, że to takie proste? A skąd! Najpierw trzeba tam dodreptać. Co zajmuje jakieś 20min. Do wyrobienia karty niezbędne jest chińskie imię, dlatego jest ono przytwierdzone w moim paszporcie, bym go nigdzie nie zgubiła. Opłata za kartę 10RMB i przechodzimy do kolejnego okienka, by naładować kartę. 100RMB myślę, że będzie OK.
Skoro mam już kartę, to udajemy się na stołówkę, by zjeść lunch. W międzyczasie spotykamy kolejnych zabłąkanych studentów z zagranicy. Wchodzimy na stołówkę. SZOK. No tylu Chińczyków to ja jeszcze nie widziałam. Wolnych miejsc siedzących brak. Ale nie zrażamy się.
Może wspomnę jak wygląda stołówka. Znajduje się tam kilkanaście stanowisk z różnymi potrawami. Jedna oferuje tylko warzywne potrawy, inne tylko z kurczakiem, kolejne z wołowiną, dalej tylko owoce morza, wszystko z makaronem, napoje. Gdzie się człowiek ustawia? No tam, gdzie najwięcej Chińczyków ;) Uzywajac jezyka migowego zaopatrzyłam się w potrawkę z kurczaka w warzywach (nieco pikantne) i oczywiście ryż. Zakup odbywa się błyskawicznie. Sprzedawca wpisuje kod, ty wkładasz kartę, zżera z twojego konta 7RMB (3,5zł), a ty masz jedzenia jak dla wojska :D Następnie bierzesz zielonkawe pałeczki i idziesz poszukiwać wolnego miejsca. Akurat jadłam przy stoliku ze starszym państwem. Strasznie się dziwili, że potrafię jeść pałeczkami... a co w tym trudnego?
Nasycona byłam gotowa stawić czoło biurokracji :D Kolejne 10 minut i jesteśmy przed głównym budynkiem. Już wiem dlaczego się tak nazywa. Największy, najokazalszy i ma największą liczbę schodów do pokonania ;) Jako, że przerwa obiadowa się jeszcze nie skończyła (brakuje 5 min) korzystam z publicznej toalety, która jest mieszanką wybuchową. Łączy w sobie i komunizm i nowoczesność. Brak papieru i toaleta z dziurą w podłodze kontra suszarka elektryczna i kran na fotokomórkę. Z drugiej strony ma to sens. Po prostu Chińczycy nie chcą dotykac brudnej toalety. Aczkolwiek papier toaletowy jest tu zagadką nr.1. Wracajmy jednak do spraw Internetu. Po kilkunastu minutach udaje mi sie zarejestrować w systemie i mogę udać się uiścić opłate za internet. Na szczęście można to załatwić w pokoju obok i nie muszę biec znowu do #19. Ale... dobrze, że coś mnie tknęło. Mam aktywowane konto, zapłaciłam za internet (90RMB za bezlimitowy miesięczny dostęp do Internetu) ale jak mam się do niego dostać? I znowu tłumaczenie na migi o co mi chodzi ;) Uzbrojona w instrukcję obsługi i nazwę sieci (istnieje tu chyba 10 bezprzewodowych sieci zaczynających się od słów Tsinghua) wróciłam do akademika, by w końcu dać znak życia. I dawaj 40 min spaceru :P Potrzebuję roweru! Potrzebuję roweru! Od zaraz!
Przychodzę do akademika, uruchamiam wszystko zgodnie z instrukcją i tu zonk... Błąd. I wyskakuje on w j.chinskim. I domysl się tu człowieku o co im chodzi. Do głównego budynku nie wrócę... nie mam mowy. Decyduje się na starcie z budynkiem 19. Wcale nie zdziwił mnie widok 5 osób, które miały identyczny problem co ja :P Ostatecznie nie wiem co zrobił ten chiński magik komputerowy ale grunt, ze internet mi działa! Nie cieszmy się tak... facebook, youtube, www.DzienDobryAzjo.blogspot.com nie działają :P Tak... można się było tego spodziewać :D Ale, ale... trzeba znaleźć kogoś, kto wie jak rozwiązać ten problem. Kilka zapytań wokół i Danny ma mi przegrać software freegate :)
To nie koniec wycieczki... potrzebuje przecież roweru. Razem z Jonasem, Pedrem (Brazylia) udaliśmy się w poszukiwaniu rowerowni. Chcieliśmy trafić do tzw. strefy zakupowej na terenie kampusu. Po ok. godzinie dotarliśmy tam i z rozczarowaniem stwierdziliśmy, że nie o takie strefie zakupów myśleliśmy. Ale znaleźlismy miejsce, gdzie po długich negocjacjach i przetestowaniu kilku rowerów kupiliśmy nasze rowery. Mój jest niebieski, ma ładny koszyczek z motylkiem i kłódkę. Rower! Jak cudnie jest go mieć :D Droga powrotna zajęła nam jakieś 20 min! No czuć różnicę.
Kolejny przystanek kupno karty SIM. W tym celu podjeżdżamy pod kiosk i staramy się wytłumaczyć sprzedawczyni o co nam chodzi. Na szczęście z pomocą przychodzi Chinka, która tłumaczy wszystko dokładnie. Ostatecznie zakupiłam kartę "niebieską" za 20RMB miesięcznej opłaty z 200 SMS gratis do Mobile China, kupiłam chiński numer (ekstra płatny 50RMB, a były też wersje za 90RMB... wszystko mi jedno, jaki numer mam, ale dla Chińczyków niektóre liczby mają ważne znaczenie i te numery telefonów są droższe). Potem doładowanie telefonu za 30RMB i w końcu czuję, że ten dzień dobiega do końca.
Szczesliwa dotarłam do akademika i umówiłam się z chłopakami na kolację na 19:00. Pedro niestety nie dotrał, więc z Jonasem pojechaliśmy na stołówkę (Na kampusie jest ich chyba z 10, z czego 3 znajdują się w odległości 3min rowerem od akademików). Uwaga, stołówki w przeciwieństwie do restauracji kampusowych dość wcześnie kończą swoje godziny otwarcia, więc trzeba wziąć to pod uwagę. Na kolację wybrałam pierożki z sosem orzeszkowym. No po prostu pyszota do kwadratu! Potem już tylko marzyłam o pójściu spać :D
Około godziny 9:00 okazało się, że organizowana jest impreza integracyjna w akademiku #20. No nie mogło mnie tam zabraknąć :-) Po wejściu smoka, okazało się, że jest tam ok. 30 Niemców (Uniwersytet w Aachen po prostu zrobił oblężenie), Koreańczyk z Kanadyjskim paszportem, Rosjanka i Ja :P Dlaczego aż tylu Niemców, ano akurat Ci Niemcy robią podwójny dyplom z inżynierii przemysłowej. Rok spędzają w Niemczech, a kolejny rok w Chinach i zyskują 2 dyplomy. Ku mojemu zadowoleniu poznałam w końcu pierwszą osobę z MBA. Maresa - oczywiscie z Aachen :D Impreza była wprost udana! Ale nie zapomniałam o dostępie do Facebooka, więc z Dannym ulotniliśmy się wcześniej, by zainstalować mi software. I takim oto sposobem proszę Państwa mam dostęp do wszystkiego! Żadna strona nie jest przede mną cenzurowana!
Potem dość długa telekonferencja przez Skype i do spania... To był ogromnie cięzki dzień ale jestem zachwycona kampusem. Jest on wprost genialny. Bardzo zaluje, ze w Polsce nie mamy takiego systemu. Ale może kiedyś... kto wie?
Te Chiny, to bardzo "poukładany" kraj. Gratulacje za chart ducha. A propos tej osoby z kontaktem w Chinach, to nic prostszego jak zaprosić osobę z Polski do Chin i... już będzie kontakt!
OdpowiedzUsuń