
Ostatni dzień zwiedzania, więc należy podsumować koszty życia w Seulu.
Woda: 500 - 1500 WON
Bilet miejski: ok. 1000 WON
Big Mac Index: 3700 WON (daje nam to nam kwotę 10 zł - porównamy w kolejnych krajach)
Wstępy: 3000 WON (statystycznie)
Obiad w restauracji: ok. 30000 WON na 2 osoby
Sobota rozpoczęła się dość nietypowo... mianowicie musiałam się przeprowadzić ;) Na szczęście przeprowadzka odbywała się pomiędzy pokojami. Nie do końca zrozumiałam tą politykę ale widocznie tak miało być. Całe szczęście ja przeprowadzałam się tylko raz, podczas gdy Australijka z mojego pokoju zmieniała pokoje 4 razy podczas swojego 6-dniowego pobytu tam :P
Z Mateuszem umówiłam się na godz. 11:00 przy stacji metra City Hall... niestety nie udało nam się spotkać (pomimo moich usilnych starań wysłania SMSa na polski numer z cudzego telefonu).

Ogółem koreański system telefonii komórkowej pozostawia wiele do życzenia... Aby wykonać telefon za granicę potrzebujesz połączyć się przez specjalne centrum. W Korei jest chyba 3 operatorów sieci komórkowej i ok. 4 firmy, które łączą z zagranicą. Jak to wspomniał Saeho później, powoduje to konkurencję i dzięki temu rozmowy zagraniczne są tańsze, bo każda firma oferuje jakieś promocję. Jednak mimo to uważam, że jest to męczące dla użytkownika. Dzwonić pod specjalny numer, żeby połączyć się z innym numerem.

No ale dzięki temu miałam okazje zobaczyć kolejną z rzędu już zmianę warty, ale tym razem przy Pałacu Deoksugung. Zmiana warty była o wiele bardziej kolorowa i o wiele bardziej była przejrzysta, jako że wszystko odbywało się przed bramą pałacu, a nie po obu stronach. Pokrążyłam jeszcze po okolicy, a potem udałam się w kierunku Chungmuro do Namsangol Hanok Village, które leży u podnóża wzgórza na którym znajduje się N Seoul Tower, by zagłębić techniki taekwondo pod okiem mistrza.

A teraz coś o samym Taekwondo (kor.
태권도 ) Jest to tradycyjna sztuka walki i narodowy sport Korei. Pomimo, że pierwotnie wykorzystywano techniki taekwondo do celów militarnych, to obecnie jest to pełnoprawna dyscyplina olimpijska.
Taekwondo oznacza kolejno:
- "tae" : uderzenie stopą,
- "kwon" : uderzenie pięścią,
- "do" : sztuka osiągnięcia stanu intuicji w zachowaniu, która wynika z doświadczenia umysłu i ciała.
Zbierając to wszystko razem taekwondo jest to sztuka walki angażująca całe ciało z użyciem rąk i nóg głównie w celach samoobrony!

Praktycznie rzecz ujmując jest 10 stopni pasów. Od białego, poprzez żółty, zielony, niebieski, czerwony i czarny. Jako, że jestem początkującym zawodnikiem nosiłam pas biały, który oznacza czystość i otwartość na wiedzę. Tzw. czysta karta, na której zaczynają pojawiać się umiejętności.
Mistrz, który był moim przewodnikiem po świecie taekwondo oczywiście nosił czarny pas (tzw. kolor mistrzów). Czarny pas oznacza wysoki poziom wykształcenia i wiedzy w taekwondo, a także osoby z czarnym pasem nie odczuwają strachu!

Na początku miałam lekką rozgrzewkę polegającą na rozciąganiu wszystkich (dosłownie wszystkich) mięśni mojego ciała. Następnie ćwiczyłam odpowiednią pozycję - pozwalającą utrzymać nienaganną równowagę. Potem nauka błyskawicznych ciosów. A na koniec uderzenia nogą. Początkowo jest to bardzo trudne, ponieważ oprócz precyzji wymagana jest także szybkość i stała równowaga. Nawet nie wiem, kiedy lekcja dobiegła końca! Na zakończenie musiałam zdać egzamin, a mianowicie musiałam obronić się przed napastnikiem. Tzw. unik, cios, unik, cios, unik, cios! Wszyscy wyszli bez szwanku :P A na koniec musiałam uderzeniem stopy przewrócić kubek plastikowy, który był na wysokości mojego biodra. Tylko jedna szansa, a jak się nie uda to przykro nam bardzo ale egzamin nie jest zaliczony. Więc włączyłam pełne skupienie, odpowiedni oddech i ciach! Hura! Udało się :-)

Mistrz wręczył mi certyfikat wydany przez Kukkiwon (Światową Siedzibę Taekwondo) i podpisany przez jego prezesa. Potem jeszcze zdjęcie z mistrzem, który życzył mi powodzenia i prosił bym kontynuowała zagłębianie technik tej sztuki walki.
Potem zostałam jeszcze na krótkim koncercie i przyglądałam się próbie koreańskiego zespołu. Naprawdę niezwykły taniec!
Następnie jeszcze tylko czas na zakupy i wróciłam do hostelu by spokojnie spakować swoje rzeczy. Trochę mi to zajęło... musiałam przygotować wszystko tak, by w niedzielę od razu z rana wyruszyć na lotnisko.
O 18:00 umówiłam się na kolację pożegnalną z Saeho i jego rodziną. Trochę pobłądziłam z metrze i pojechałam w przeciwnym kierunku ale co się tam przejmować. Apropos metra... w metrze wyświetlane są komunikaty jak należy postepować w przypadku zagrozenia zycia... nie dziwia wiec lezace wszedzie maski gazowe. Ot taki element krajobrazu. Z małym opóźnieniem dotarłam na odpowiednią stację. Następnie z Saeho udaliśmy się do jego mieszkania. No... szliśmy z dobre 20 min - i już wiem dlaczego Saeho woli autobus od metra :P

Mieszkanie Saeha znajduje się na 8 piętrze w typowo koreańskim bloku kilkudziesięciopiętrowym. Jest tam oczywiscie duża kuchnia i jadalnia. Poza tym 2 pokoje i garderoba. Całe mieszkanie podporządkowane jest malcowi. Czyli zabawki, ksiazeczki, a w tle koreanskie piosenki dla dzieci. Won Woo pięknie się bawił samochodzikiem, który mu sprezentowałam :-) Jest po prostu uroczy. Obejrzałam zdjęcia rodzinne, Won Woo nauczył mnie kilka słówek po koreańsku i jestem do przodu o jib (dom) i podo (winogrono). Następnie zasiedlismy do wystawnej kolacji :-) I na stół wjechało..... Co? Spaghetti :P Ot tak, żeby mnie ugościć najlepiej jak tylko potrafią :P Ale swoją drogą było naprawdę pyszne: z brokułami i kurczakiem i przyprawami koreańskimi... mniam mniam mniam :-) Co ciekawe bardzo się zdziwili, że znam manadrynki. Mysleli, że w Polsce takich nie mamy... więc musiałam szerzyć edukację wśród Koreańczyków. Niestety czas leciał i wieczór zbliżał sie ku końcowi. Pożegnaliśmy się więc, podziękowałam chyba z tysiąc razy za gościnę i za pomoc. Następnie zostałam odwieziona do stacji metra i potem prosto do hostelu.
Jeszcze tylko skype i już leżałam w łóżeczku czekając na następny dzień :-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz