Postaram się stopniowo nadrabiać zaległości :-)

wtorek, 13 września 2011

Biurokracja


Dzisiejszy dzień sponsoruje literka B... jak Biurokracja.
A mianowicie dziś musiałam załatwić wszystkie niezbędne rzeczy związane z moją wizą.

Jonas zapoznał się z dwoma Koreankami (w tym z jedną ktora mówi po chińsku), które również musiały zrobić badania lekarskie. Umówiliśmy się więc na godz. 8:00 (Najlepiej załatwiać wszystko w Chinach z rana, bo po południu okienka dla interesantów się zamykają i można tylko i wyłącznie pocałować klamkę). Żeby dostać się do centrum, gdzie wykonują badania trzeba złapać taksówkę.
A więc... do dzieła. Zasada złapania wolnej taksówki? Wystawiasz rękę (tzw. na stopa) i machasz z nadzieją, że:
a) jakaś taksówka się zatrzyma
b) nikt ani nic Ci ręki nie urwie

Złapanie WOLNEJ taksówki jest dość trudne, zwłaszcza w godzinach porannych, kiedy to wszyscy udają się do pracy. Należy jednak wypatrywać taksówki z czerwonym światełkiem (bądź podświetlonym napisem) i wierzyć, że się zatrzyma. Po jakiś 10 min udaje nam się wsiąść do taksówki. Na szczęście jest z nami Koreanka, wiec tłumaczy gdzie chcemy jechać. Oczywiście mimo wszystko taksówkarz chce zobaczyć mapę dojazdu i chiński adres (tzw. krzaczkowaty). Może zainstalowaliby sobie GPS i nie byłoby problemów z adresami? Tylko taka moja mała sugestia ;) Po chwili ruszyliśmy... Jak już wspominałam, taksówkarze są tu totalnie szaleni. Aczkolwiek ten taksówkarz przejdzie do historii! Wyobraźmy sobie skrzyżowanie, godzinę szczytu, samochody pędzące 80 km/h i mojego taksówkarza chcącego skręcić w lewo. Jasne jak słońce, że nie będziemy stać na skrzyżowaniu w nieskończoność. Co robi mój kierowca? Wpycha się na siłę na skrzyżowanie, tamując pierwszy pas, powodując gwałtowne hamowanie wszystkich nadjeżdżających samochodów, następnie w podobny sposób tamuje drugi pas, trzeci pas, czwarty pas...(i tak zrobił tylko i wyłącznie ogromny korek, ale koniec końców przejechaliśmy!) Myślałam, że to będzie mój ostatni dzień! Chyba powinnam sobie wykupić ubezpieczenie na życie!

Po 30min dojechaliśmy pod nowoczesne centrum medyczne. Powitał mnie znak: "Physical examinations for aliens", co w wolnym tłumaczeniu znaczy: "Badania lekarskie dla obcych". Czułam się naprawdę jak przybysz z kosmosu.

Po wejściu do centrum okazało się, że wielu obcokrajowców myśli podobnie i wszyscy przybyli z rana i ustawili się w kolejce. Nie tracąc czasu robimy to samo i łapiemy formularz do wypełnienia: dane osobowe, kilka pytań, czy byłam chora, czy jestem chora, czy bede chora... Wszystko jedno co to były za choroby. Zawsze musisz zaznaczyć odpowiedź: "Nie". Kolejka w slimaczym tempie posuwała się do przodu. Kiedy już szczesliwie dotrzemy do pierwszego stanowiska, należy pokazać wypełniony formularz i jeśli zrobiliśmy wcześniej badania lekarskie to należy je przedstawić i są one dołączane do naszej "teczki". Następnie kolejna Pani kieruje nas do kolejnego stanowiska. Tam przedstawiamy paszport, cykają nam fotkę i otrzymujemy listę badań do wykonania. Dostajemy także kwit, za który musimy zapłacić przy kolejnym stanowisku. Jako, że miałam już wykonane badania krwi, rentgen i EKG, zamiast 400RMB zapłaciłam tylko 80.
Na mojej liście zaznaczone były 2 gabinety lekarskie, które musiałam odwiedzić.
Chwila prawdy! Wchodzę do gabinetu. Każą mi stanąć na wadze... Pominę fakt, że zważono mnie w butach i z moją torebką (która tego dnia ważyła na pewno z 5kg). Następnie zmierzono mnie... pominę fakt, że w butach na obcasie. Mam nadzieję, że ciśnienie zmierzyli mi już odpowiednio, aczkolwiek wydaje mi się, że wpisali do mojej kartoteki cokolwiek bądź. Dziękujemy, następny pacjent. Czas spędzony w gabinecie, poniżej 2 min.
Udajemy się do następnego gabinetu... O! Okulista! No tak, znajdują się tu wszyscy z okularami na nosie ;) Pominę fakt, że Jonas, który nosi soczewki, nie został zaproszony na badanie wzroku. Ale do dzieła... Proszę zakryć jedno oko i powiedzieć, co wskazuję. O ja cię przepraszam... tablica z chińskimi znaczkami! Wytłumacz tu kobiecie (która mówi tylko po chińsku), że widzę ten znaczek, ale jak go mam opisać?! Z pomocą przychodzi mi inny pacjent i mówi, że to znaczki oznaczające prawo, lewo, górę i dół. No tak, ale który jest który... Mając to w nosie, po prostu mówiłam prawo, góra, dół, prawo, lewo... Tzw. wszystko mi było jedno (podobnie jak tej Chince). Następnie w ramach tego samego gabinetu, usiadłam przy kobiecie, która kazała mi najpierw otworzyć buzię, gdy to zrobiłam powiedziała łamaną angielszczyzną, że nie buzię, tylko ucho. UCHO? Jak mam otworzyć ucho? Ostatecznie pokazałam jej lewe ucho, na co usłyszałam, że nie lewe, tylko prawe. I domyśl się człowieku, o co im chodzi? Na szczęście to był ostatni przystanek na mojej liście gabinetów, więc udałam się do stanowiska, gdzie należy zostawić formularz. W między czasie zauważyłam, że liczba obcokrajowców zwiększyła się pięciokrotnie, a kolejka w której na początku stałam prawie wychodzi na zewnątrz. Jeszcze tylko dostanie kwitka, kiedy należy zgłosić się po wyniki i uff.. misja wykonana.
Czekam jeszcze na tych nieszczęśników, którzy musieli wystać we wszystkich kolejkach do wszystkich gabinetów. Nagle prawie, że pod moimi stopami mdleje Australijka, która wyszła właśnie z punktu pobrania krwi. Dookoła mnóstwo lekarzy, a cucić musiałam ją ja... Cała jej rodzina była mi wdzięczna, że uratowałam jej życie. Jakie życie... po prostu kobitka się zestresowała.
Gdy nasza 4 była już całkowicie przebadana, z odpowiednimi kwitkami okazało się, że możemy spokojnie poprosić o przesłanie wyników badań (ja miałam odebrać następnego dnia, Jonas po tygodniu, a Koreanka za 3dni) do naszych akademików. Więc zapłaciłam 30RMB, wypełniłam druczek i pozostało mi tylko oczekiwać na wyniki :-)
Powrót do akademików minął już bez większych urozmaiceń. A kierowca był wyjątkowo zaspany, więc wlekliśmy się jakąś godzinę po bezdrożach.

Po powrocie pierwsza myśl jaka mnie naszła, to oczywiście LUNCH! Jako, że spotkałam Pedra umówiliśmy się na wspólne obiadowanie. Poznałam przy tym jego współlokatora z Malezji. Potrawka z kurczaka była nieziemsko dobra, a gdy dodamy do tego sok z liczi to już w ogóle bajka.

Po południu postanowiłam pozwiedzać trochę kampus. A najlepiej zwiedza go się na rowerze. Takiego ogromu to ja jeszcze nie widziałam. Nie dość, że mamy kilka parków na kampusie, 2 jeziora, rzeczkę, 4 stadiony, niezliczoną ilość boisk do piłki nożnej, koszykówki, kilka kortów tenisowych, pływalnie i basen pod chmurką, kilkanaście restauracji i stołówek, ok. 10 serwisów rowerowych to liczba budynków różnych szkół jest niezliczona. Od mojej Szkoły Ekonomii (SEM - School of Economics and Management), poprzez Szkołę Prawa, Architektury, Inżynierii do Szkoły Ochrony Środowiska. Poniżej kilka fotek z kampusu. Po prostu: cud, miód i orzeszki :-)


























































Jako, że jeszcze rok akademicki się nie zaczął. Postanowiliśmy pójść większą grupą do klubu Propagadna (gdziekolwiek się on znajduje), który jest bardzo popularny wśród zagranicznych studentów. Jako, że ponoć najlepiej jest wziąć taksówkę, to ktoś skombinował chiński adres. Nic więc trudnego!

Razem z Jonasem, Maresą i Danny złapaliśmy w kilkanaście minut taksówkę. Pokazujemy adresik i w ciągu 10 min mamy dotrzeć na miejsce. Gdy mija 20 min... zaczynamy konwersację po chińsku z naszym kierowcą. Z pomocą przychodzi mój słownik polsko-chiński. Staram się powiedzieć, że za długo jedziemy i czy na pewno jedziemy w dobre miejsce. Na co, taksówkarz odpowiada, że tak! Próbuję zatem jeszcze raz... Chcemy pojechać do klubu, gdzie można potańczyć i napić się piwa. Na co taksówkarz odpowiada, że właśnie tam jedziemy... Konsternacja sięga zenitu, gdy taksówkarz mówi, że jesteśmy na miejscu. Faktycznie, mnóstwo klubów, restauracji, ale gdzie jest Propaganda, gdzie są pozostali, gdzie my w ogóle jesteśmy?
Nie ma co się zrażać... wchodzimy do pierwszego lepszego klubu, typowo europejskie ceny nas dobijająi szokują. Postanawiamy więc wrócić w pobliże Wudakou i skontaktować się z osobami z naszej grupy (tak... większość dotarła do Propagandy bez problemów). Ale co to była za wycieczka. Pekin nocą wygląda niesamowicie! Neony, oświetlone wieżowce, fontanny! Bajka! Po godzinie docieramy na miejsce, otrzymuję specjalną kartę do klubu Propaganda i do baru La Bamba. W końcu spotykamy naszą kilkunastoosobową grupę w komplecie!
Powrót zafundowaliśmy sobie na piechotę, bo badz co badz za dużo tych wycieczek taksówką w nieznane jak na jeden dzień.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz