Na początek zderzenie z biletami w metrze. W Korei nie obowiązuje nic takiego jak bilet miesięczny, tygodniowy, czy dobowy. Płacisz za każdy przejazd. Do wyboru są 2 opcje:
a) jednorazowy zakup biletu
b) naładowanie karty tzw. T-Money
Jako, że jestem dość leniwa, a wyrobienie karty dość trochę czasu zajmuje, więc skorzystałam z opcji kup bilet i ciesz się przejazdem (nawet jeśli trwa on 2 stacje). Koszt takiego biletu to 1000WON + zwrotny depozyt 500WON, co na czysto daje kwotę poniżej 3 złotych. Warto tylko pamiętać, że po wykorzystaniu biletu trzeba się udać do maszyny zwracającej kwotę depozytu.
Sieć metra jest tu ogromnie rozwinięta. W metrze informacje podawane są w języku koreańskim oraz angielskim. Ponadto na ekranach widać, gdzie dokładnie znajduje się metro i za ile minut nadjedzie. Bardzo dobre oznaczenia dla przesiadek. Jest tu ogółem 10 linii, które są meeega długie! O dokładnie, jak na obrazku poniżej.
Moje zwiedzanie zaczęłam od dzielnicy Gwanghwamun. Bardzo ważne przy tym jest, by sprawdzić dokładnie numer wyjścia, ponieważ odległości pomiędzy nimi to nawet kilkaset metrów.
Na początku każdy ma obowiązek podejść pod pomnik Admirała Yi Sunshin.
Admirał wykazał się niezwykłym patriotyzmem, odwagą, znajomością taktyki wojennej, a także wygrał wszystkie bitwy, w których wziął udział. Mowa tu o okresie inwazji Japonii na Koreę 1592-1598 (zwanej także wojną Imjin od nazwy roku w którym wybuchła). Inwazja ta miała stanowić pierwszy etap w podboju Azji wschodniej przez Japonię. Okres ten uznaje się za najtragiczniejszy w dziejach historii Korei. Warto także wspomnieć, że we wspomnianej bitwie po raz pierwszy użyto Ge-bukseon lub Kobukson, czyli statek żółw, który miał kolczasty pancerz. Prototyp statku obok. Wracając jednak jeszcze do admirała, to ciekawostką jest, że w wieku 28 lat nie zdał on egzaminu militarnego [upadek z konia], co go nie zniechęciło i 4 lata później z dumą wszedł w szeregi wojska. A morał z tej bajki jest wszystkim znany, po bolesnym upadku, nie myśl o wypadku.
Następny konieczny punkt wycieczki, to pomnik króla Sejonga (zwanego Wielkim). Dlaczego wielkim? Ano zaczynam wyliczanie i czytajcie do końca (bez oszukiwania).
- utworzył Instytut nauki
- wymyślił nowy sposób drukowania tesktów,
- utw
- orzył zegar astronomiczny, zegar słoneczny i zegar wodny (supyo)
- stworzył Cheonsang Yeolcha Bunyajido - najstarszą koreańską mapę gwiazd i konstelacji, która przedstawia 1467 gwiazd i 282 konstelacji, a także drogę mleczną (notabene jest to 2 najstarsza mapa nieba na świecie)
- ujednolicił nowy system miar
- stworzył nową b
roń - Singijeon (coś na wzór wyrzutni fajerwerków)
- stworzył nowy rodzaj muzyki na podstawie dangak (chińskich tonów) i hyangak (narodowych pieśni)
- utworzył także Jeongganbo, czyli innowacyjny zapis nutowy
- ale co najważniejsze utworzył nowy alfabet - koreański alfabet. Co pozwoliło zapisywać koreańskie tony bez użycia chińskich znaków (ciekawostką jest to, że gdy całkowicie oślepł dalej poświęcał się badaniu wymowy).
Tak, a to wszystko się działo mniej więcej w okresie panowania 1418-1450. Polecam do tego odwiedzenie muzeum króla Sejonga [wejście od tyłu zaraz pod pomnikiem, bezpłatne].
Następnie skierowałam swoje nóżki pod Gyeongbokgung Pałac (Pałac lśniącej szczęśliwości), gdzie akurat odbywała się ceremonia zmiany warty. Zaczyna się to uderzenia w bęben, następnie żołnierze przechodzą przez Yongseongmun Gate i zajmują odpowiednie pozycje. Następuje zmiana warty i po raz kolejny uderzenie w bęben kończy całą ceremonię. Ważne przede wszystkim są stroje żołnierzy. Im dziwniej ubrany, tym ma wyższą rangę.
Oczywiście musiałam sobie zrobić zdjęcie z Sumunjang, czyli strażnikiem bramy i odpowiedzialny za całą wartę. Ważne są także odpowiednie flagi. Zmiana warty trwa jakieś 20 min. Poniżej kilka filmików :-) Just enjoy the show.
/niestety wystąpiły jakieś problemy techniczne i filmiki umieszczęodpowiednio później/
Następnie zaopatrzyłam się w bilet wstępu do pałacu. Całe 3000 Wonów.
Pałac powstał za czasów dynastii Joseon i składa się z ogromnej liczby budynków i zajmuje całkiem sporą powierzchnię. Dokładne zwiedzenie wszystkiego jest wręcz niemożliwością, zwłaszcza gdy z nieba leje się żar i ciężko się oddycha. Pałac sam w sobie składa się z 3 części: zewnętrznego dziedzińca do celów urzędowych, wewnętrznego dziedzińca przeznaczonego do celów mieszkalnych i ogrodów.
Zarówno zewnętrzny i wewnętrzny dziedziniec oraz jego zabudowa jest zgodna z kierunkiem północno-południowym, a także co najważniejsze jest odpowiednio uporządkowana. Samo otoczenie pałacu także zachwyca, gdyż otoczone jest wzgórzami. Cały kompleks powstał za panowania znanego wam już króla Sejonga, przez co stał się centrum Seulu. Sam pałac został zniszczony podczas Japońskiej inwazji i przez 273 lata znajdował się w delikatnie mówiąc opłakanym stanie. Odbudowany został przez króla Gojonga w 1863 roku.
Według mnie naprawdę zadbali o kompleks, ponieważ wszystkie detale są dopracowane, a zielonkawe akcenty rzucają się w oczy.
Niestety zaduch odbierał przyjemność podziwiania pałacu, dlatego przemieszczałam się od cienia do cienia. Przebiegając strefę słońca z prędkością strusia pędziwiatra. Trochę oddechu znalazłam w ogrodach pałacowych, które różnią się zdecydowanie od tych europejskich. Ale mimo wszystko spełniają swój cel i relaksują. Położyć się na ławeczce i trochę pomedytować... cudowne uczucie.
Mimo wszystko postanowiłam skorzystać z dobroci cywilizacji i wejść do klimatyzowanego pomieszczenia, dlatego skierowałam się w stronę Narodowego Muzeum Folkloru, które znajduje się na terytorium kompleksu. Można tam doświadczyć i zrozumieć tradycyjny styl życia Koreańczyków. Niestety w środku nie można robić zdjęć. Z ciekawostek - Koreańczycy wierzą, że sól odgania złe demony. Dlatego należy zapisać na ekranie, czego się obawiamy, a następnie rzucić garścią soli w drugi ekran. Ponoć pomaga - zobaczymy :D Może działa to tylko na koreańskie słowa - ja zaś swoje zapisałam po polsku. Sam wygląd muzeum natomiast zapiera dech w piersiach. Architekci budowli zainspirowali się świątynią w Bulguska. Po wyjściu z muzeum warto udać się do wystawy na wolnym powietrzu, które przedstawia życie w Korei w latach 50.
Następnie wraz z moją nową przyjaciółką parasolką skierowałam się w stronę popularnego strumienia Cheonggye. Nie... wcale nie padało! Było tak upalnie, że w sakli od 1-10, przygrzało mi na 8 pkt w główkę. Mijałam także przy tym ambasadę USA - no takiego uzbrojenia to przy żadnej ambasadzie nie widziałam, anie tu w Korei, ani w Europie.
Następnie... jakoś tak przeszło mi się za daleko i trafiłam na jakieś targi zdrowej żywności i ziół leczniczych. Niestety nie skusiłam się na suszone krewetki - postanowiłam powoli przyzwyczajać żołądek do dóbr azjatyckich. Trochę pobłądziłam, ale dzięki temu odkryłam wiele niesamowitych miejsc - takich jak ulicę świata ze słówkami: Witamy w różnych językach. W tym w polskim. Ostatecznie dotarłam do strumienia.
Ale jeszcze do niego zeszłam doświadczyłam czegoś niezwykłego. Ni stąd ni zowąd pojawiła się grupa tancerzy z bębnami i piszczałką i zaczęła tańczyć na ulicy. Byłam totalnie oszołomiona! Ale występ był nieziemski. Poniżej tylko cząstka tego co tam się działo!
Jeśli kiedykolwiek na nich traficie, będziecie mieć ogromne szczęście.
Następnie z ulgą skierowałam się koło pomnika Wiosny po schodkach na dół do strumienia. Jeszcze tylko wybranie odpowiedniego miejsca w cieniu, zrzucenie sandałów i już moje zmęczone stopki zanurzyły się w strumieniu. Nawet nie wyobrażacie sobie jak byłam szczęśliwa.
W takich chwilach naprawdę człowiek docenia wszystko co ma! Po kilkudziesięciu minutach relaksu postanowiłam pójść z nurtem i przeskakiwałam przez różne kamyki, przemieszczałam się koło wodospadu. Po prostu genialnie! Problem wystąpił dopiero w momencie, gdy miałam zamiar wrócić już do hostelu, bo mapa okazała się zbyt mało dokładne, by znaleźć punkt w którym się znajdowałam. Co się robi w takiej sytuacji? Ponownie, szukamy kogoś kto wygląda na takiego, który zna angielski w wersji zadowalającej (nie będziemy przesadnie wymagający) i bez problemu jesteśmy kierowani w stronę metra.
A tu tymczasem natrafiamy na Katedrę Myeong-dong , która jest symbolem katolicyzmu w Korei. Sama katedra zbudowana jest w stylu gotyckim na planie krzyża. W oknach witraże, na ławeczkach koreańskie śpiewniki. Dla zainteresowanych Msze św. w języku angielskim w każdą niedzielę o godz. 9:00, a spowiedź również w języku angielskim przed tą mszą właśnie. Co do otoczenia kościoła to trzeba zwrócić szczególną uwagę na figurę Jezusa przed kościołem. Zdjęcie wiele mówiące znajduje się obok.
Następnie doczłapałam się do deptaków w dzielnicy Myedong-dong, gdzie panował niezwykły ścisk i tłok, na ulicy znajdowały się przeróżne stragany z dodatkami do włosów, butami, torebkami, jedzeniem, butami, przyprawami. A sklepy przy ulicy wypełnione są klientami. Osoby, które zwracają uwagę na siebie to tzw. naganiacze, którzy zachęcają głównie kobiety do wejścia do sklepu kosmetycznego. A na zachętę dostaje się jakąś próbkę kosmetyku. Istny szał. Takiego oblężenia Krupówki nie widziały nawet w szczycie sezonu. Ale to też ma swój urok.
Potem już tylko teleportacja do hostelu, kilka oddechów i szklanka zimnej wody i biegnę na spotkanie z Saeho :-) /Ze względu na brak zasięgu byłam zmuszona skorzystać z telefonu publicznego (ciekawe doświadczenie) i w taki oto sposób ustaliłam z Saeho miejsce spotkania./
Pomimo małych problemów udało nam się w końcu spotkać! Saeho prawie nic się nie zmienił! Postanowiliśmy znaleźć jakąś fajną restauracyjkę. Ostatecznie padł wybór na taką jedną w pobliżu Sinchon Station. Niestety ze względu na brak wolnych miejsc zostaliśmy wpisani na listę oczekujących, ale co najlepsze złożyliśmy już zamówienie, które poszło do kuchni, tak by zostało podano w odpowiednim czasie bez czekania. Po 10 min zajęliśmy miejsce przy stoliku. Na dzień dobry dostaje się butelkę wody, jakąś zupkę w kubeczku, ostrą przystawkę (zostałam poinstruowana, żeby spróbować tylko trochę, bym się nie zniechęciła).
Następnie podano danie główne: mięso z bardzo ciekawym makaronem, kluseczkami w sosie podobnym do barbecue, ale z dużą ilością papryki chili, przez co moje kubki smakowe wprost wariowały. Oczywiście zarówno kelner jak i Saeho powtarzali, że ta potraw nie jest ostra. Dlatego wszystkim, którzy po raz pierwszy przyjeżdżają do Azji polecam wybieranie potraw, które nie są ostre. Ponoć niedoświadczony smakosz, przy ostrej potrawie potrafi się spokojnie rozpłakać. Muszę się przyznać, że początkowo bardzo się obawiałam koreańskich specjałów ale z całą pewnością muszę przyznać, że są smaczne! Podobnie wino, które zamówiliśmy należy naprawdę do wyśmienitych. Muszę wypytać Saeho jak dokładnie się nazywa.
Powspominaliśmy stare, dobre czasy i to co się zmieniło w naszym życiu, kiedy ostatni raz się widzieliśmy. Ogółem bardzo miło spędzony czas. Postanowiliśmy jeszcze się przemieścić do jakiegoś pubu, żeby spróbować typowego koreańskiego likieru. Trochę nam to zajęło ale krążenie po uliczkach rozświetlonymi neonami jest cudowne.
Wszędzie pełno ludzi - życie po prostu kwitnie. W końcu trafiliśmy do innej restauracji, gdzie zamówiliśmy ryżowy likier, który smakuje jak zupa ryżowa z mlekiem wymieszana ze słodkim alkoholem. Przepyszny. Oprócz tego jako przegryzka sałata przeplatana warzywami z czymś co wyglądało jak galaretka z ryżu przyprawione sosem z chili. Nawet całkiem całkiem. Następnie jeszcze jajko sadzone podane z kukurydzą w sosie śmietanowym i mój brzuszek był w pełni zadowolony!
Jako, że wybiła północ udałam się do hostelu, który był dokładnie 23 kroki od miejsca w którym pożegnałam się z Saeho. Marzyłam, aby po ciężkim dniu pełnym wrażeń położyć się w łóżku i zebrać siły na następny dzień. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam.... za to obudziło mnie wycie syren alarmowych i głośnie komunikaty po koreańsku przez megafon. Wyobraźcie sobie mój szok! Była to mniej więcej 5 nad ranem. Turczynka z którą jestem w pokoju również się obudziła (dziwne, żeby nie przy takim hałasie) i z przerażeniem pyta mnie co się dzieje. Nalot bombowy? Skażenie radioaktywne? A niby skąd mam wiedzieć!? Pierwsze co pomyślałam to w jaki sposób dostanę się do ambasady :P Zbiegłam jednak do mieszkania właściciela hostelu i pytam się co się dzieje, że tak syreny wyją. Na co on wielce zdziwiony pyta się jakie znowu syreny ale biegnie do okna i przysłuchuje się komunikatom. W międzyczasie pojawili się u niego WSZYSCY obcokrajowcy pytając się co się dzieje. Okazało się, że komunikat po koreańsku głosił, że szkoła (która jest zaraz obok hostelu) jest ewakuowana z powodu pożaru! Ale żadnego pożaru nie było widać. Właściciel założył więc, że jest to jakaś awaria systemu. Mimo wszystko nas to nie uspokoiło ale po pół godzinie syreny przestały wyć, więc wróciliśmy do łóżek ale naprawdę było ciężko zasnąć.
I co... dzień i noc pełna wrażeń? Bez wątpienia!
PS. Dowiedziałam się spod jakiego jestem znaku :-) A mianowice SMOKA :D A oto ja z moim pupilkiem...
PS1. Osoba, która kieruje ruchem na skrzyżowaniach (tzw. policjant z drogówki) nazywa się "Najlepszy kierowca"
PS2. W Seulu znajduje się fragment muru Berlińskiego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz